Blog

Ten dział jak i inne pozycje komentarzy na stornie motopodroze.jimdo.com jest moderowany. Wszystkie wpisy reklamowe, spamowe, apele o pomoc itd. zamieszczane bez zgody administratora będą usuwane, dotyczy to również linków do takich stron!

 

sob

28

cze

2014

I Rajd Paszków Rally Adventure

Kronika rajdu Paszków Rally Adventure 2014

Komentarze: 0

nie

23

mar

2014

Czubki na górze - czyli patrolnięci inaczej w Górach Bystrzyckich

Komentarze: 0

wto

25

lut

2014

Zostałem Tatą

Aleksnader
Aleksnader

20 Lutego 2014 roku o godzinie 18.05 urodził się mój synek Aleksaneder. W tej samej chwili stałem się najszczęśliwszym człowkiekiem na ziemi. Olek jest już z rodziacmi w dmomu ma się  bardzo dobrze. Mama jest szczęsliwa i zdrowa.

Komentarze: 0

pon

20

sty

2014

MotoRajdy - nowy inicjatywa warta uwagi

 MotoRajdy to strona poświęcona rajdom motocyklowy z szczególnym uwzględnieniem turystycznych rajdów na orientacje, które w ostatnich latach przeżywają swój renesans. Zapraszamy organizatorów wszystkich rajdowych zmagań, zarówno tych po bezdrożach jak i po asfalcie, tych na zabytkowych maszynach lub wręcz przeciwnie na najnowszych i najbardziej zawansowanych technicznie motocyklach. Informacje o organizowanej imprezie można zamieszczać bezpłatnie. Pamiętajcie o podaniu zwięzłych informacji o imprezie, terminów oraz adresu waszej strony WWW. Na naszą witrynę zapraszmy również wszystkich głodnych sportowych zmagań na dwóch kołach, sportowców, pasjonatów, hobbystów, zawodniku i amatorów.

 

Komentarze: 0

pon

23

gru

2013

Wesołych Świąt

Komentarze: 0

czw

12

gru

2013

Zimowy serwis Yamaha XT 660R cd...

Komentarze: 0

wto

10

gru

2013

Zimowy serwis Yamaha XT 660R

Komentarze: 0

wto

26

lis

2013

Enduro Boys - czyli męski wypad w góry.

Komentarze: 0

czw

12

wrz

2013

Paszków Rally 2013 - video relacja

Dawno już nie zglądałem na stronę i troszkę w relacjach się zaniedbałem. Sporo zmian w moim życiu. Dla tych co  jednak tu zaglądają co jakiś czas video relacja  z Paszków Rally 2013 czyli pierwszego transgranicznego rajdu na oriętację, którego miał przyjemność być tym razem organizatorem.

Komentarze: 0

pią

31

maj

2013

Paszków Rally

Komentarze: 0

nie

23

gru

2012

Kartka z Świątecznymi Życzeniami

Komentarze: 0

sob

15

gru

2012

IV Edycja Rajdu Kocich Gór

25 maja 2013 roku wystartuje IV Edycja Rajdu Kocich Gór na który chcielibyśmy już dziś zaprosić wszystkich miłośników rajdowych zmagań. Wzorem lat ubiegłych impreza odbędzie się w Obornikach Śląskich k/Wrocławia u podnóża malowniczych Kocich Gór. Impreza ma charakter motocyklowego rajdu turystycznego na orientację po wyznaczonej trasie. Na trasie rajdu na uczestników zmagań czekać będą oprócz pięknych widoków i krętych dróg ciekawe próby sprawnościowe. Zwycięzcy rajdu otrzymają atrakcyjne nagrody.

Impreza została połączona z obchodami Dni Obornik Śląskich. Na uczestników motocyklowych zmagań w bazie rajdu czekać będzie mnóstwo doskonałej zabawy, m.in. koncerty muzyczne, konkursy z nagrodami, zaplecze gastronomiczne oraz wiele innych ciekawych niespodzianek, o których poinformujemy wkrótce na oficjalnej stronie rajdu. Wszystkich uczestników zapraszamy do skorzystania z dostępnej na miejscu bazy noclegowej i wspólnej zabawy do białego rana.

 

Link do oficjalnej strony rajdu:
http://www.swb-wroclaw.com/rajd-kocich-g%C3%B3r/

 


Komentarze: 0

pią

07

gru

2012

WOŚP 2012

WOŚP 2010
WOŚP 2010

Jak co roku STOWARZYSZENIE MOTOCYKLISTÓW "WRATISLAVIA BIKERS" będzie czynie wspierać WOŚP. Nie zabraknie nas i tym razem we Wrocławiu podczas finału. W związku z trwającymi intensywnymi przygotowaniami do wielkiego finału, chcielibyśmy zaprosić wszystkich motocyklistów do wspólnej zabawy i pomocy. Przyłączyć się do nas w tym szczególnym dniu może każdy. Liczymy na wasze wsparcie. Można upiec ciasto, przygotować ciepłe napoje lub strawę i przynieść w wyznaczone miejsce (szczegóły wkrótce). Można przyjechać motocyklem i sprawić by na twarzach odwiedzających nas dzieci pojawił się uśmiech a w oku oglądających ojców łezka na widok motocykla młodości. Forma pomocy i wsparcia może być różna tak jak różni są sami motocykliści. Liczmy również na wasze pomysły, piszcie i składajcie swoje propozycje udziału w imprezie.
Cel jest jeden zebrać jak najwięcej kasy dla orkiestry i jak najlepiej bawiąc się przy tym.



Wszystkie informacje organizacyjne i dyskusja odbywa się na forum.


http://swbikers.pl/forum/viewthread.php?thread_id=3102&pid=41944#post_41944

 

Komentarze: 0

sob

20

paź

2012

Jesienne endurzenie

Dawno nie było żadnej wycieczki motocyklowej? Można by pomyśleć, że sprzedałem motocykl albo co gorsza, że sie z nim - nimi- rozstałem? Nic bardziej mylnego, chodź ziarnko prawdy w tym jest gdyż moja częstotliwość jazd znacznie spadła w tym dobiegającym końca sezonie. W "garażu" pozostało wierne Kawasaki KLR 600, które jakiś czas temu zostało ubrane w kosteczki MITASA E-09. Raz na jakiś czas zdarza mi się gdzieś po latać a to przez lasy, a to przez łąki i stawy. Taka jada zapewnia wiele wrażeni i mimo że niezbyt częste to wypady to jeszcze długo po je pamiętam. Do obejrzenia jednego z takich wypadów chciałbym i Was namówić. A dlaczego okolicy Twardogóry? A to za namową Siary, który zaciągnął mnie w swoje piękne rodzinne strony.

 

Komentarze: 0

pon

01

paź

2012

Przez Rudawy Janowickie

  Dzieki uprzejmości Maćka z Ewą oraz  Michała udało się nam w ostanią słoneczną niedzielę września odbyć wycieczkę po Rudawach Janowickich. Pogoda dopisała wyśmienicie. Dla mnie był to pierwsza wizyta w tych górach - pierwsz piesza wizyta po tamtejszych szlakach. Góry oczarowały mnie swoimi widokami, panorami no i oczywiście wrześniowymi kolorami. To co wyróżnia to miejsce spośrud innych pasm górskich to duża różnorodność form skalnych na których mozna spotkać wspinających się ludzi. Mimo niezbyt wysokich róznic wysokości nie zabrakło atrakcji i niespodzianke takich jak: wizyta w leśnej warowni czy wspólne ognisko. Zpraszam w góry a przed wyjazdem do obejrzenia mojei fotorelacji.

Komentarze: 0

pią

14

wrz

2012

Wędrówka przez Karkonosze

Zapraszam do obejrzenia i przeczytania fotorelacji z trzydniowego wypadu w Karkonosze. Pogoda dopisała lecz nie rozpieszczał, ostadniego dnia się załamał i zmusiła do wcześnieszego powrotu z Szrenicy do Szklarskiej Poręby. Pierwotny plan powrotu do Karpacza zielonym szlakim musi poczekać na inną okazję. Mimo wszystko warto było choć na  chwilę oderwać się miejskiej rzeczywistości. 

Komentarze: 0

sob

21

lip

2012

Lekki off-road wzdłuż Odry

Wieża widokowa w Kotowicach
Wieża widokowa w Kotowicach

 Zapraszam do obejrzenia relacji  z małej przejażdżki  off-road  do Oławy wzdłuż rzeki Ordy. Kto by pomyślał, iż tuż pod nosem mamy takie piękne i urokliwe miejsca.

 Niniejszy film to kilkuminutowy zapis moich zmagań w lekkim ternie na Kawasaki KLR. Przed wami trochę błota, leśnych i polnych przejazdów kilka moich pierwszych przejazdów przez mniejsze i większe kałuże i  mała wyprawa w busz... no może bardziej w sawannę. Sawanna czyli trochę zmagań z  GPS-em i ścieżkami  które przestały istnieć. 

 Nie zabraknie też atrakcji turystycznych - czyli w tym przypadku wizyty na wieży widokowej w Kotowicach

 PS. Mało tych wyjazdów w tym roku.. kiepski rok, może następny będzie lepszy. Jak by ktoś miał kostki do KLR na zbyciu za przysłowiową złotówkę zapraszam na priva. 

 

Komentarze: 0

sob

14

lip

2012

Motocykl 08/2012

W bieżącym wydaniu magazynu Motocykl 08/2012 znalazła się nasza propozycja na weekendową podróż "od przełęczy do przełęczy " po Rudawach Janowickich (str.110-111). Zapraszam do lektury miesięcznika jak również do lektury WWW i naszych propozycji wyjazdów na weekend. 

 

Komentarze: 0

śro

13

cze

2012

Jura Rally - relacja pisana

Jakiś czas temu zacząłem zastanawiać się czy jeszcze jest sen pisać relacje czy ktoś to w  ogóle czyta? pytanie dręczyło mnie od dłuższego czasu.  Jako, że liczby i tabelki bardziej do mnie przemawiają aniżeli prawda objawiona na jednym z poczytnych forum zmieściłem ankietę... Wynik póki co zaskakujący jednoznacznie stwierdzający, iż najbardziej pożądane są nie tyle  obrazki czy film a właśnie to co napisane.  A więc nie pozostaje nic innego jak dobrze napisana relacja.

 

Przystępuje  więc do roboty  - tu przy okazji  organizowanych w naszym Kraju Mistrzostw Europy niesiony na fali sukcesu Kadry Narodowej (Polska - Rosja 1:1) nie co otumaniony z pożytą ilością złotego trunku wystukam jak było.. . Stan taki sprzyja zwierzeniom przecie.

Rajd stał pod znakiem zapytania do ostanie chwili a to za sprawą różnych zrządzeń  losu dla których płętą jak zwykle bywa była - kasa. Udaje się dopiąć budżet, motocykl jednak nie do końca (choć pali i pyrka) ostatecznie decyduję się na jazdę na wskrzeszonym zimą enduraku Kawasaki KLR 600. Trasa Wrocław - Częstochowa to dla tego sprzętu nie złe wyzwanie a zarazem test, w dodatku moja baba również chce samodzielnie pedałować  na Hondzie NX 250. Ojj.. oj oj będzie się działo więc zapobiegliwie już na początku pakuje z sobą narzędziówkę.

 

Na piątek udaje się dostać wolne w pracy  i umawiamy się na 11-stą na jednej ze stacji we Wrocławiu gdzie wszyscy meldują się przed czasem. Wszyscy ? Znaczy się Teq-u z Monią na DL 650, Atom na Hondzie i ja na pierdziwce. Teq na wstępie zarządza akcje serwis DL-a. Ładny początek myślę sobie. Naciąganie i regulacja łańcuch to dla mnie pestka - 10min i w drogę Teq-u  z michą  uch achaną obrazek wart więcej aniżeli  słowa.

 Jako że moja maszyn wyciąga bez fachowej regulacji gaźnika w porywach do 100km/h z górki decydujemy się na jazdę drogami mocno lokalnymi - oczywiści bez mapy, nawigacji i co najważniejsze pomysłu na drogę. O czym ekipa nie ma pojęcia.  Cel Częstochowa należy zmieścić się w korytarzu między  Opolem  a Wieluniem. Jedziemy wężem robiąc masę zbędnych  kilometrów po drogach zapomnianych przez ludzi i Boga. Naszą mapą są lokalni mieszkać i szerokość drogi , im droga węższa tym lepsza, przed polnymi  Teq-u protestuje. 

Droga oczywiści z przygodami  jak za dobrych starych czasów na CZ-eci.  Pierwszy  "awaria" Dl gubi dźwignię zmiany biegów.  Dźwigną Teq-owa mocno zmodyfikowań gubi nakrętkę i na jednym z łuków nieszczęśnik zostaje ino z samymi podnóżkami . Po gwincie i nakrętce  zostaje ani śladu. Z pomocą przychodzi okoliczny warsztat z którego dostajemy kawałek drutu. Na prętce stworzone zabezpieczenie skręcone kombinerkami zabezpiecza dźwignię przed przesuwaniem na tyle skuteczni iż możemy jechać dalej. Odkrywa w sobie dusze artysty. Podróż nie trwa zbyt dugo,  tym razem Kawasaki zaczyna się buntować. Silnik wyraźnie zaczyna pierdzieć w innych tonach - ale jedzie. Co tam myślę sobie skoro jedzie to dalej w drogę - motor jest po to aby na nim jeździć a nie żeby przy nim dłubać - jak mówi mój przyjaciel SAL.  A wie co mówi w końcu wrócił z Chin i urósł w moich oczach do rangi mistrza. A zdawać by się był iż  niedawno było inaczej. Podziw.

 

Szczęśliwie dojeżdżamy do Częstochowy przy średnie oscylującej w granicach 80-90km/h łałłł... zo za tempo.. aż  dupa boli na samą myśl. Przejechać miasto bez nawi i mapy można by zliczyć do jednego z zadań Rajdu - nam się udaje choć ociera się o dyskwalifikacje gdyż pomocy udzielają nam lokalni taksówkarze.  Olsztyn -ten pod Częstochową aż tak nie pobłądziliśmy- wita nas pięknym zamkiem pod którym strzelamy pamiątkowe fotki, kręcimy baczki na piasku i takie inne dziwactwa które przydarzają się ludziom ogarniętym chorobą zwana - MOTOCYKLIZMEM.

 

Piaski, bazę rajdu osiągamy około godziny 17.00, na miejscu zostajemy mile przywitani prze klub motocyklowy DARKO MC.  W czasie kiedy  próbujemy rozwikłać łamigłówkę  pt. budowa  namiotu na plac zlotowy wjeżdża SELVIN - drużyna pierścienia w komplecie! Nie wiedzieć czemu jemu ta sam droga zajęła 2h... Pewnie to przez te dziadowskie BMW co go odziera z całej masy przygód (tu informacja dla tych co nie poznali osobiście autora - to była ironia)

 

Piątek to mecz  Polska - Grecja, organizatorzy przygotowali więc stosowanie do zaistniałej sytuacji "strefę kibica". Co się działo jak się kupa chłopa na motocyklach zjechał na mecz sami się chyba domyślacie... Już na samą myśl głowa mnie boli a gardło pali, chrypę mam do dziś. Co gorsza moja baba do dziś woła Odra OPOLE... nikt jej nie powiedział... achhh szkoda gadać... ważne ze za naszymi była.

 

Wstajemy wczesnym rankiem a właściwie to słonce nas do tego zmusza – grzej nie miłosiernie, w namiocie siekierkę by powiesił. Otwieramy przewiem na maksa  ale to nic nie daje.  6.00 rano nie idzie spać. Poranna krzątanina boso po polu biwakowy, chłód porannej rosy na stopach dobrze nastraja przed rajdem. Pomału budzi się reszta towarzystwa, właściwie to jedna cześć się kładzie a druga wstaje, wiecie jak to jest na zlotach. Jakieś ranne zwierze w namiocie obok wyje nie miłosiernie... o hooo pewnie Teq-u wraca do żywych. Dziecka (czytaj Selvina – „adoptowany” przez nas podczas pierwszej wspólnej podróży do Chorwacji lat świetlne temu)  w drugim namiocie nic nie jest wstanie o tak nieludzkiej godzinie wyrwać ze snu, podobno Węgrzy go tak zmęczyli.

 

Start rajdu przeniesiono na godzinę 10-11 dokładnie nie wiadomo było na którą gdyż organizatorzy tak dobrze się bawił poprzednie nocy z gośćmi iż padli ze zmęczenia. W końcu wybija godzina zero – krótka lecz treściwa informacja co i jak,  oraz szybkie szkolenie z czytani mapy. Długie oczekiwanie w kolejce chętnych, następnie rejestracja drużyn i  spisywanie liczników aż w końcu upragniony START. Starujemy z numerem 15 i właśnie wtedy kiedy przychodzi nasza kolej, przypomniał sobie o nas pogoda a dokładniej deszczyk i nie omieszkał nas porządnie skropić na dzień dobry.

 

Trasa po Jurze cud, miód, malina. Widoki takie że gardło zatykało z wrażenia. Strasznie szkoda kiepskiej  pogody, która psuła  zabawę. Trasa rajdu  po krótkim przelocie zaraz zbacza z głównej drogi na wąskie lokalne ścieżki takie właśnie jak najbardziej lubuję na szerokość jednego pojazdu i kręta jak rogi gazeli. Droga wiedzie z początku  wśród zielonych łąk, górujących nad okolica  z których rozpościera się piękna panoram okolicy, w tle majaczą wsie gdzieś na horyzoncie rysuje się zarys ruin zamku.  Jest  pięknie mimo iż po szybie kasku spływają już nie krople a strugi deszczu.

 

Po zjechaniu z wyżyny i przejeździe jeszcze bardziej malowniczymi lasami wśród wapiennych skałek i wzniesionych pośród nich warowni docieramy  do punktu  kontrolnego na którym mamy do wykonania zadani pt. Kalambury – tłumaczyć o co chodzi chyba nie ma sensu. Atomówka odstawia taki pokaz iż mimo ulewnego deszczu zbieramy kilkudziesięciu osobowe audytorium gapiów i pomagierów. Przedstawienie  jest na tyle skuteczne, iż zgarniamy max czyli całe 3pkt. A śmiechu jest po pachy.

 

Kolejny malowniczy odcinek tym razem z dojazdem szutrowy (piękny szuter aż człowieka korci by odkręcać i zrywać przyczepność na tylnim kole). Docieramy na zadanie numer dwa. Cały czas opad żab nie ustaje. Konkurencja strzelecka  polegająca na strzeleniu  z paintball-a. Mamy do oddania 3 strzały a do wyboru 3 cele z których te, które są dalej punktowane są najwyżej. Pierwszy strzał i zgarniam max. 3pkt ku swemu, kolegów i koleżanek zaskoczeniu a wżyciu nie strzelałem kulkami z farbą. Dostaje ksywę snajper kopa w d… i jedziemy dalej.

 

Deszcz nie daje za wygraną ale już zdążyliśmy do niego przywyknąć. Widoki już pewnie wiecie: cud, miód…  Ma - li - na tyle, że strasznie szaro.

 

Pod uroczym zamkiem na  rynku równie malowniczego miasteczka zorganizowano koleiny punkt kontrolny z zdaniem polegającym na starciu się na warcabowej szachownicy z lokalnym mistrzem. Tu troszkę pomarudzę na organizatorów… przeszło 2 godziny czekania na zadanie to naprawdę lekka przesada. A pogoda nie sprzyjała. Gdyby może np. dwie szachownice to szło by szybciej i sprawnej i zaoszczędziło trochę niepotrzebnych nerwów uczestnikom. W czasie kiedy okoliczne knajpy i jadło-dajnie przeżywały oblężenie bandy wygłodniałej zniecierpliwionej i przemoczonej braci motocyklowej my cierpliwie czekaliśmy pod parasolem z pysznym lokalnym hamburgerem w łapie na swoja kolej. Gdy wszystko w okolicy zostało wyżarte, wyrąbane i spalone do cna… oj oj ojojo  chyba się zagalopowałem – tylko wyżarte, przyszła nasza kolej. Teq-u skutecznie atakował od samego początku wzbudzając lęk lokalnego mistrza gdy ten stracił za jednym zamachem 4 piony, byłby wygrał gdyby nie moja pomoc. Gdy już mnie związali i zakneblowali - moi przyjaciel w kolejny rozdaniu Teq-u pokonał mistrza i doprowadził do remisu zdobywając 1.5pkt na możliwe 3 broniąc resztki honoru drużyny. Wydłużony postój miał jeden nie zaprzeczalny plus – przestało padać a słonko nie śmiało wychodziło za chmur.

 

Teraz dopiero mamy pełne spektrum tego co ukryło się pod szarościami pochmurnego nieba i pod rozmazanymi kroplami deszczu szybki motocyklowej.  A wiec opisze te widoki  jak  już pewnie się zorientowaliście: cud, miód……..  Ma - li  -na!

 

Zwalniamy co nie co w celu odnalezienia ukrytych punktów kontrolnych, które dostaliśmy na fotografiach. Pełni obaw iż już je przegapiliśmy odkrywamy jeden z nich w głębokim jodłowym lesie. Na miejscu do rozwiązania SUDOKU.  Naczelny mózgowiec drużyny ma na jego rozwiązanie 6min. Nie bez problemów udaje się rozwiązać całość i zmieścić w wyznaczonym czasie.

Kolejne zadanie i znów strzały. Tym razem przyjdzie nam walić do puszki z wyczynowej wiatrówki. Niby nic niezwykłego ale jegomość, który został wystawiony na punkt kontrolny bardzo profesjonalnie wczuwał się w swoją rolę. Zostałem więc siłą wcielony do arami, gdzie po krótkiej musztrze przyjąłem właściwa pozycję strzelecką i w sześciu strzałach okaleczyłem bogu winnego Lecha na 2pkt z 3. Zielony aluminiowy Lech niestety był pusty… akcji ratunkowej nie było,  gdyż strzelałem najwyraźniej do zwłok. A tu słonku człowieka suszy... Przez chwilę zastanawiamy się by pójść w ślady poprzedników i wykąpać się w pobliskim jeziorku ale ze względu na czas rezygnujemy.

 

Pomału zmierzamy do mety a droga cały czas równie urocza czyli: cud, miód….  Ma - li  -na!

 

Za jednym z skrzyżowani odnajdujemy drogę do skałek, które tworzą bramę – Bramę Twardowskiego jej odnalezienie i sfotografowanie to kolejne cenne punkty. W odnalezieniu Legendy z pomocą przychodzi nowoczesna technika, Internet i tablet! Ale i bez tego dokładna lektura dostarczonych przez organizatora przewodników dostarczyłaby poprawnej odpowiedzi. Piesza wycieczka to miłe urozmaicenie na trasie Rajdu – do przejścia było całe 100m z czego ok.50m pod górę - jupiiii .

Słonko rozgościło się już na dobre. Nastroje poszybowały w górny zakres dobrego samopoczucia, rywalizacja nabrał kolorytu. Czas płynie nie ubłagani kilometry również. Rośnie też temperatura…

Właśnie temperatura. Tu nie miła niespodzianka, po przyjeździe na bazę rajdu poprzedniego dnia odkryłem iż mój czujnik temperatury dokonał żywota. Wskaźnik pokazuje górny stan z czego mogło by wynikać iż motor się grzej. Tarza było temu zaradzić, na kawałek przewodu elektrycznego zdobytego u organizatora zakładam wtyczkę konektorową, złapana masa  i wpięcie się na krótko w wentylator załatwia sprawę. Boże dzięki, że zesłałeś na moja drogę  nauczyciela mojego – Jacka z Moto-Majs Wrocław. Jedyna  niedogodność tego rozwiązania wentylator chodzi cały czas, trzeba było pamiętać o tym by na postojach ów instalację rozłączać. Prost budowa jednocylindrowca ma mnóstwo zalet a co najważniejsze umożliwiła mi start w rajdzie  a także powrót do domu o własnych siłach ale o tym później.

 

Kolejny punkt kontrolny to odnalezienie kościółka, przy którym należało zapoznać się z jego historią i odpowiedzieć na zadawane pytania   - taka klasóweczka jak w szkole. Śmiało mogę powiedzieć iż Monia od Teq-a zdobyła 3 pkt.  Ukrytym pod zadaniem była rozmowa z Św.Idzim a właściwie to odnalezienie kapliczki ukrytej nieopodal pod wsią. Nie było to takie proste ale nam się udaje – kto pyta nie błądzi. Oprócz nas odkrywa to miejsc ponoć tylko jeszcze jedna drużyna.

 

O zmierzchu docieramy do bazy rajdu na METĘ. Po drodze urywam jeszcze gdzieś nie wiadomo do końca jak linkę od prędkościomierza i licznika. Dosłownie tuz przed metą 8-10km,  ślimak obraca się o 180 stopni wyrywając linkę na całe szczęście ta nie okręca się wokół koła.. na samą myśl co mogło by sie wtedy wydarzyć brrrrr…. Na szczęście liczniki drużyny działają i ostateczni jest z czego zaczytać przebiegi kontrolne.

 

Finał dzisiejszego dnia to wspólna zabawa przy koncertach rockowych kapel motocyklowych w Jurajskim Grodzie, biesiad uczestników no i oczywiści mnóstwo wspólnie spożytego złotego trunku. Podczas ogłoszenia wyników okazuje się iż zajmujemy II miejsce w nagrodę otrzymujemy uścisk dłoni Prezesa – oraz kask motocyklowy, który zmierzamy sprawiedliwie podzielić brzeszczotem na pamiątkę –jupiii a co. Nagrodę główną (nawigacja motocyklowa Tom-Tom) – „zdradzonym o
świcie” jak się sami ochrzcili czyli drużynie nr.15 z która przebyliśmy wspólnie całą rajdowa przygodę zagarnia mocna ekipa na BMW GS 650.  Muście się chłopaki pogodzić – byli lepsi od was i od nas. Wszyscy bawimy się do późnych godzin nocny tak dobrze iż Atomówa z Teq-iem są chyba na wszystkich fotkach uczestników i organizatorów. Nie zabrakło ich na scenie, pod sceną, na solowym występie… Urozmaicają imprezę rajdem armatą przed sceną a w ogóle gdzie ich niebyło… nie jestem pewien czy za rok ktoś ich jeszcze wpuści na ten Rajd tak się dobrze bawili.

 

Poranek…. Naprawdę chcecie czytać jak wygląda poranek po ostrej imprezie dnia poprzedniego?

Rano drobne regulacje przy kole przednim, usuwam ukręconą linkę przygotowuje maszynę do powrotu. Kiedy już słońce świeci w zenicie żegnamy się ze wszystkimi i objuczeni niczym dromadery na pustyni łupami wojennymi zmierzamy ku swoim  włościom. Tym razem wybieramy drogi główne ale nie najgłówniejsze (zn. nie te "gówniane" rysowe na czerwono tylko na żółto) zaraz po przekroczeniu progu mieszkania z nieba z oknem spada ściana deszczu – udało się dotrzeć do domu na sucho.

 

Komentarze: 2

nie

10

cze

2012

Jura Rally 2012

Zapraszam do obejrzenia relacji z II edycji  Jura Relly w której udało się nam zdobyci drużynowo DRUGIE miejsce. W skład zwycięskiego zespołu nr 15 weszli:  Teq-u z Monią na Suzuki DL 650, Atomówka na Hondzie NX 250, Autor ma KLR 600. Walnie do zwycięstwa przyczyniła się również bratnia drużyna nr. 14 której trzon tworzyła ekipa z Jarocim-a wraz z Selvinem.  Zwycięstwo smakuje tym lepiej,  iż udało się dojechać i wrócić mimo liczny przeciwieństw sprzętu i pogody.    

 

Film dostępny w jakości HD - po zmianie ustawienia w rozwijanym menu na dolnym pasku (ikonka z śrubką).

Komentarze: 4

pon

28

maj

2012

III Edycja Rajdu Kocich Gór

Relacja z III Edycji Rajdu Kocich Gór poświęconej pamięci Krzyśka SKRUDZA Ciastonia. 

Komentarze: 6

czw

24

maj

2012

Tygrysem przez Rudawy Janowickie

Niedzielny poranek.  Odsypiam sobotni pracowity dzień i długie  nadgodziny z pracy.  Wstajemy niezbyt wcześnie ale na tyle skutecznie aby już koło godziny dziesiątej wyruszać przed siebie. Planu brak , ale niedawno usłyszałem o Parku Miniatur w Kowarach więc jest  punkt zaczepienia.  Pogoda zachęca do jazdy, jest ciepło ale niezbyt gorąco tu i ówdzie chmury. Mkniemy szeroka szosą wśród żółtych pól kwitnącego rzepaku, co jakiś czas przeplatanego zielonymi łąkami – uwielbiam ten widok i towarzyszące temu poczucie wolności. Wybieram drogę przez Świdnicę gdzie zatrzymujemy się by odwiedzić  Kościół Pokoju. Świątynie w całości wykonano z drewna ponoć do jej budowy nie użyto ani jednego gwoździ z zewnątrz robi spore wrażenie – obiekt został wpisany na listę UNESCO. Wstęp do wnętrz płatny dajemy się namówić i wchodzimy do wnętrza które niczym nie ustępuje temu co zobaczyliśmy na zewnątrz. W środku panuje bogactwo kolorów, drewnianych balkonów, loggi,  podcieni, które uzupełniają ołtarze i malowidła. To co psuje nieco nam efekt to fakt prowadzonych środku prac konserwacyjnych oraz związany z tym bałagan.  Po wizycie w chłodnym wnętrzu wychodzimy na zewnątrz gdzie słonko zdążyło mocno podgrzać temperaturę. Przez Wałbrzych, Szczawno Zdrój bocznymi dróżkami udajemy się do Kamiennej Góry. Pojawiają się pierwsze góry i droga zaczyna meandrować  to z jednej to z drugiej strony górskich Ptoków. Tygrys ochoczo rwie się do drogi  i zachęca do coraz śmielszego operowania manetką – łobuz z niego. Nawierzchnia mocno ogranicz jednak te wybryki.  Za Kamienną Góra odbijam w kierunku Pisarzowic i trochę przypadkowo odkrywamy piękną wąską drogę którą docieram  w pobliże  okolicznych szczytów z skąd podziwiamy piękne panoramy. Niestety droga nieoczekiwanie kończy się i zmienia się w szutrowy szlak rowerowy. Dla kogo niestety? No nie dla Tygryska. Przemilczę dostępność odcinka dla ruchu kołowego (właściwie jego dostępność), dla tego tez nie zdradzę szczegółów trasy. Muszę powiedzieć, iż było to wyzwani off-roadowe szczególnie, iż podróżowaliśmy we dwoje na jednym motocyklu a do pokonania była przełęcz z stromy podjazdem i zajazdem. Zachęcony widokami planuje powrócić w to miejsce raz jeszcze i jak przystało na porządnego turystę przemierzyć tutejsze szlaki Rudawskiego Parku Krajobrazowego pieszo. Po górskim skróci mniej lub bardzie świadomie pokonanej drogi docieramy do naszego celu Parku Miniatur w Kowarach.

Park mieści się na ternie zakładu i szczerze mówiąc z początku wcale nie zapowiada się dobrze, ale wjeżdżamy dalej i jest już lepiej. Cena za bilet 16pln od osoby też nie należy może do najniższych za to parking mamy darmowy a przy nim małą gastronomię i sklep z pamiątkami. W środku to już prawdziwa bajka, świetne wyeksponowane miniatury najpiękniejszych budowli Dolnego Śląska w skali 1:25 robią mocne wrażenie. Precyzji wykonania, wierności odwzorowania oryginałów i pracowitości  można pozazdrościć autorom prac. Park nie jest może zbyt duży, właściwie to zbyt szumne słowo na określenie tej ekspozycji za to ilość i skala makiet robi wrażenie – szczególnie makieta zamku Książ i Czocha.

Kowary opuszczamy kierując się na Jelenią Górę,  gdzieś na rogatkach miasta mijamy muzeum Wojska Polskiego do którego zawsze chciałem się udać ale Atomówka jakoś niezbyt chętna jest do oglądania zielonego żelastwa i życzy sobie lodów dla ochłody. Szukamy więc lodzików… co kończy się wizytą w Kuflandzie. Obiad podróżnika na szybko czyli: hamburger a na deser lodziki –wracają wspomnienia z podróży po Bułgarii – dziwne mam skojarzenia?

No to mkniemy wąską asfaltową ścieżką przed siebie, ciepły wiatr sponiewiera kilkudniowy zarost (a co..) przedmą na horyzoncie malują się ponownie zielone wierzchołki gór na tle błękitnego nieba. Nim sięgamy granicy lasu dojeżdżamy do Wojanowa gdzie tuż przy szlaku trafiamy na piękny pałac i towarzyszący mu folwark. Oczywiście zatrzymujemy się na zrobienie kilku zdjęci, obchodzimy pałac oraz towarzyszący mu folwark. Nim dobrze się rozpędzę już jesteśmy w Łomnicy gdzie czeka na nas kolejny pałac, chodź bardziej przypomina zamek hrabiego lub magnata. Musze powiedzieć iż pierwsze wrażenie jest niesamowite głównie za sprawą przeprowadzonej rewitalizacji obiektu jak i założenia parkowego. Wejście bezpłatne, parking również więc garniemy się do środka obejrzeć cudo. W środku jakże by inaczej: hotel i restauracje. Wędrówka po parku i wokół założenia pozwala rozprostować kości i nasycić się pięknem i dworskim przepychem, przez krótka chwilę czuje się jak hrabia. Atomówka szybko jednak sprowadza mnie na ziem zamawiając zimną kawę w tutejszej restauracji.

Ruszamy dalej droga robi się węższa, z obu stron otaczają nas góry, które teraz zachodzą się w kierunku płynącej środkiem rzeki. Szosa robi się kręta, wspina się na to góra to dół szukając miejsca miedzy górami a rzeką. Jest pysznie, chwilo trwaj, chcę więcej i więcej takiego szlaku – moje prośby zostają wysłuchane i jedziemy tak dobre kilkanaście kilometrów. Jak tu jest pięknie – pierwszy raz jestem w Rudawach Janowickich. Przejeżdżamy malownicze wioski za jedną z nich odbijamy w kierunku przełęczy. Teraz droga robi się szersza, wije się jak wąż  ku górze, co jakiś czas opuszczamy gęsty las na rzecz pięknych zielony polan z których podziwiamy panoramy okolicy a na horyzoncie Sudety i Śnieżka. Powiem szczerze mógłbym tu zamieszkać i nos bym stąd nie wystawił. Zdobywam przełęcz zjeżdżamy do doliny i znów wspinamy się na kolejną, po drodze mi jamy jedno z piękniejszy schronisk Sudetów – Szwajcarkę. Robi się późno nie mamy za bardzo czasu by udać się pod samo schronisko,  które leży nieopodal drogi musi nam wystarczyć to co widzieliśmy w miniaturze. Jest kolejny powód by tu wrócić raz jeszcze. Pomału serpentynami zjeżdżamy na powrót do Kowar – zatoczyliśmy pętle. Z Kowar decydujemy się na powrót do domu tą sam drogą którą przyjechaliśmy, jest  już późno a jutro trzeba iść wypoczętym do pracy.

Rudawy Janowickie – miejsce które warto zobaczyć, muszę tu wrócić może kolejny raz z plecaczkiem w góry.

 

Komentarze: 1

wto

22

maj

2012

Nowa trasa: szlakiem zamków i pałaców

Ostatnia weekendowa przejeżdzka zaowocowała napisaniem przezemni kolejnei pozycji z serii  TRASY NA WEEKEND. Zapraszam do lektury i podróży.

Trasa 4 MRU
Komentarze: 0

sob

05

maj

2012

Bieszczadzka Majówka

Komentarze: 0

nie

22

kwi

2012

Złota pętla

Wstaję wcześnie rano, otwieram oko spoglądam na budzik... o k... 7.00 rano. Nie no spróbuje jeszcze pospać w końcu mamy niedziele. Wstaje po 5min, jakoś spać nie idzie. Po kwadransie Kasia też wstaje mówi, że idzie gotować rosół ?! :( ?  rzecz sie dziej ok. 7.30 rano. Nie, nie świat na głowie stanął. Rosół gotów z rana na śniadanie ale, ale zaraz na śniadanie jest jajecznica rosół ma być na obiad - wariaci.

 

Tak właśnie zaczął się poranek, przed dziesiątą siedzimy na motorze - dziś podróżujemy na jednym. Mkniemy w kierunku na Kłodzko. Miało być względnie ciepło - jest zimno, miało nie padać - wygląda, że zaraz lunie! Co tam dzień jak co dzień w Skandynawii (czar wakacyjnych wspomnień odżył we mnie) i dawaj dalej do przodu. Docieramy do Ząbkowic, wjeżdżamy do centrum chcemy zobaczyć krzywą wieże o tak po prostu bo dawno jej nie widziałem. Wieża stoi tam gdzie stała, ja ma wrażenie iż z roku na rok coraz bardziej się pochyla. Robimy fotkę kto wie czy nie ostatnią.. oby NIE.

Z Ząbkowic lecimy w kierunku Kamieńca Ząbkowickiego,  teraz mały test zawieszenie dla Tygryska - daje radę ale już wiem, iż centralny podnóżek robi za zbędny balast, który trze asfalt - do wywalenia. Setki razy widziałem przejeżdżając przez Kamieniec górujący nad miastem zarys zamku - ale nigdy go nie widziałem z bliska. Czas to zmienić. I znowu test dla Tygrysa tym razem mały off gdyż przednimi koniec drogi? Nie dla nas. O dziwo 240kg przetacza się szutrowo piaszczystą drogą z dużą gracją i nonszalancją wobec kamieni i błotka - no nie spodziewałem się dobra nasza cieszę się w myślach. W taczamy się na wzgórze zamkowe. Zamek jest bardzo okazały, częściowo to ruina choć może to nazbyt na wyrost gdyż olbrzymi część zachowana jest w niezłym stanie, są okna dachy, wieże,  część zamku wygląda nawet na zagospodarowaną. A wszystko to w romtycznym XIX-to wiecznym stylu i otoczeniu. Piękne miejsc szkoda, że bez gospodarza - bogatego gospodarza. Gdy opuszczamy zamek, wpadamy na grupę interwencyjną  dozorującą zamek.

-A wy tu co?

-A my na Grunwald drogi szukamy

-Yyy mmy, że co?

-No na Grunwald, tam gdzie Krzyżaków biją, (cisza)

-To może my sobie już pojedziemy?

-Tam (wskazuje nam rosła chłopina) do wyjazdu, to teren zamknięty usłyszeliśmy na koniec.

Z Kamieńca  mkniemy w kierunku rozpościerającym sie na horyzoncie  czarnych gór przykrytych szczelną pierzyną ciemnych chmur - Ja już czuje ich zimny powie, ciarki przechodzą mnie po plecach chyba się za lekko ubrałem. Po drodze mijamy zjazd na Stolec. Tak Stolec, to też taka wioska, mają w niej nawet taki szyld na jednej  z tamtejszych masarni: Najlepsze wędliny są z Stolca. Uprzedzam pytanie - nie wiem nie próbowałem, niew wypowiadam się.

Dojeżdżamy do Złotego Stoku. Miasteczko słynie głównie z tego, iż niegdyś mieściła się tu kopalnia złoto, w końcu nazwa pasma górskiego też nie przypadkowa Złote Góry. Wstyd się przyznać ale również  i  tędy tranzytem przejeżdżałem setki razy i jakoś czasu nie było by kopalnie odwiedzić. Idziemy, zgodnie zapada decyzja. Bilet po 16 pln za 90min wycieczki po sztolniach da się wytrzymać. I tu zaskoczenie: jest ciekawie z humorem, jest merytorycznie, jest zabawnie z zjeżdżalnią dla dzieci i dorosłych, jest podróż oryginalną kolejką i jest największy ponoć w Polsce kopalniany wodospad liczący sobie 8m wysokości- jednym słowem GITARA lub jak wolą inni fuul wypas. Jak by było mało dla spragnionych atrakcji jest park linowy z ponoć najdłuższą w Europie tyrolką! Żal opuszczać to miejsce, ale  komu w drogę temu deszcz. Deszczu nigdy za wiele. Z Złotego Stoku w kierunku Lądka Zdrój przez Złote Góry moją ulubioną widokową drogą 100 zakrętów o nawierzchni mogącej śmiało konkurować z bezdrożami rajdu Paryż-Dakar. I to znów test dla tygrysa kilka ciasnych winkli, górskich nawrotów i już  naprawdę byłem zdesperowany by odkręcić to cholerne żelastwo podnóżkowe i porzucić je gdzieś w rowie pod drzewem by muc składać się w łuczki jak należy! A tak, fazuje  centralny podnóżek i straszę zwierzęta. Na pocieszenie Tygrys rwie się do przodu, że aż miło patrzeć, nie trza go do tego namawiać, manetką popędzać po prostu sam rwie się z każdego  biegu - wielka to frajda, do tego pasażer nie robi na nim żadnego wrażenia. Jest ślisko i mokro jednak wszystkie reakcje są przewidywalne i przychodzą, wychodzą mimo wolnie - super. Super kończy sie szybko bo lądujemy najpierw w Lądku Zdroju a następnie w Stroniu Śląskim - w Jaskini bo tak ktoś właśnie nazwał restaurację, której raczej nie polecamy. Ile atrakcji jest w pobliżu wiedzą chyba wszyscy, zresztą Ci co niewiedzą jak poczytają inne moje wypociny sami się też dowiedzą. My jedziemy dalej przez Morawy i przełęcz morawską to Czech. Droga pusta - żywego ducha, jest jeszcze zimniej przy drodze śnieg a na samej nawierzchni pełno piasku i żwiru po akcji zima. Trochę szaro to wszystko wygląda, ale skoro zrobiło sie hop to teraz trzeba cztery litery ściskać. Mimo złej pogody i tak jest pięknie, widok górskich szczytów przykrytych śnieżnym puchem robi wrażenie i rekompensuje niedostatki podróży. Po drodze, za granicą spotykamy Czechów mknący na deskorolkach po gładkich asfaltach stromej górskie drogi - mają ludziska fantazje. W Norwegi też takich widziałem tyle że tamci grzali chyba z 80-90km/h, może to jakaś nowa moda?

Za granicą też zimno, za to trochę  mniej piasku i żwiru choć jak na Czechów to dziw bierze bo całkiem sporo tego po zimie zostało jeszcze nieuprzątniętego.  Gdzieś przed Jesenikiem stajemy w knajpie na rozdrożu na małe co nieco. W knajpce sielska atmosfer, lokalni mieszkańcy kulturalnie sączą piwko przy relacji z wyścigu F1. Zamawiamy mój ulubiony przysmak pieczony ser tym razem w ramach eksperymentu z szyneczką Kasia wybiera  wersje "dietetyczna" bez szynki... ta dietetyczny smażony ser :), do tego amerykańskie bram-buły i surówka. Z dogadaniem się oczywiści niema żadnego problemu, obsługa miła doradzi i pomoże przetłumaczyć lub wytłumaczyć co tu można zjeść. Płatność w złotówce jak najbardziej - tak, wyszło po 20pln na głowę - tyle to chcieli za zupę po polskiej stronie w "Jaskini" ehh... . Z pełnymi brzuszkami zarządzamy odwrót ku ojczyźnie i naszemu domkowi kierunek Paczków. Droga na Paczków po  stronie Czeskie świetna aż korci by manetkę odkręcać. Skutecznie przed tym jednak zniechęcają silne podmuch wiatru oj słaba ta ochrona na Tygrysku no mamy pierwszy minus do poprawki. Będzie na  co wydać pieniążki, trzeba pomyśleć o do kupieniu akcesoryjne owiewki lub deflektora. Przez Ziębice wracamy do Wrocławia - droga koszmar, nawet jak na enduro. Koło 18.00 zjeżdżamy do domyciu w końcu zjem rosół bo od niego wszystko się dziś zaczęło.

 

Komentarze: 0

sob

14

kwi

2012

Z przykrością informuje

W dniu 14.04.2012 w wyniku wypadku zmarł, Przyjaciel, Prezes Stowarzyszenia SWBikers Krzysztof "Skrudz" Ciaston. Z wielkim bólem składam ogromne wyrazy współczucia Rodzinie i przyjacielom Skrudza. 

 

Ostatnią drogę przez życie przejechałeś sam.
Odszedłeś w momencie najmniej spodziewanym.
Nie ten czas, nie to miejsce.
Dużo łez, niewypowiedzianych słów .
Pożegnanie ostatnie - bez powiedzianych słów.
Kolejna śmierć, kolejna znicz, kolejne łzy .
To wszystko prawdą nie może być ... - A jednak ... Odszedłeś.

 

Memento mori Skrudz-u

 http://youtu.be/voaff0DdjOI

 

 

Komentarze: 0

pon

09

kwi

2012

Kocie Góry na enduro

  Święta, święta i po świętach, nim się człowiek obejrzał. Po świętach pozostało uczucie obżarstwa. W ramach walki z poświątecznymi nadprogramowymi kilogramami wybrałem się w "lany poniedziałek" na krótką wycieczkę  po Kocich Górach. Podczas poprzedniego wyjazdu udało mi się dotrzeć w okolice Trzebnicy prawie i wyłącznie podróżując drogami polnymi - ale to było prawie. Tym razem po wcześniejszym  rozpoznaniu udało się już dotrzeć częściowo przez poligon juz tylko polnymi i leśnymi drogami - ale frajda. Jak to pokrótce wyglądało i jakie piękne mamy okolice tuż za miedzą możecie zobaczyć na zmontowanym poniżej filmiku. Tym razem produkcja w nieco innym klimacie.

 

Komentarze: 1

sob

07

kwi

2012

Wesołego Alleluja

Zdrowych, Pogodnych
Świąt Wielkanocnych,
pełnych wiary, nadziei i miłości.
Radosnego, wiosennego nastroju,
serdecznych spotkań w gronie
rodziny i wśród przyjaciół
oraz wesołego "Alleluja"

Komentarze: 0

pią

23

mar

2012

Pierwsze koty za płoty w enduro

Za miast pisać jak było, zobaczcie sami  jak sobie radziliśmy podczas pierwszego tegorocznego wypadu po bezdrożach. Bez specjalnych szaleństw, w spokojnym tempie i nie wymagającym terenie przemierzyliśmy ok. 120km po Wzgórzach Trzebnickich. To była pierwsza jazda Atomówki po drogach gruntowych. Taki styl jazdy strasznie się jej spodobał, mnie zresztą również. To był  też pierwszy test dla maszyn po zimowych zmaganiach w warsztacie. Miłego oglądani i czekamy na wasze komentarze.

 

Komentarze: 5

pią

23

mar

2012

Pożegnanie króla

Kawasaki KLV 1000
Kawasaki KLV 1000

Wczorajsze późne popołudnie było jednym z najsmutniejszych  w tym roku,  wczoraj zmienił  włąsciciela mój dzielny rumak – Kawasaki KLV 1000. Maszyna woziła nas po całej europie od przeszło 4lat podczas których zrobilismy wspoólnie 60000km.  Byliśmy wspólnie na północy i południu europy, w śnieznych górach jak i nas słonecznych plażach Morza Śródziemnego, zasze nie zawodny, zawsze chętny do pracy i przejażdzki w nieznane taki był mój stalowy rumak.  To najleszpasz maszyn jaka miałem w swoim życiu, żegnaj przyjacielu.

Komentarze: 2

czw

22

mar

2012

Atomowy numer MOTOCYKLA

Zapraszam do lektury Majowego 4/2012 numeru Motocykla, w którym debiutuje ze swoim artykułem Atomówka! Pierwsza poważna trasa, pierwszy artykuł nie przegapcie stron 144 i 145!

Motocykl nr 4/2012
Motocykl nr 4/2012
Komentarze: 2

sob

17

mar

2012

Zamczysko

Prognozy pogody po raz pierwszy w tym roku zgodnie przewidywały iż temperatura na weekend ma przekroczyć 20 stopni dla województwa dolnośląskiego, do tego słońce i brak opadów. Takiej soboty nie mogliśmy sobie odpuścić. Rano skoro świt pierwsze kroki skierowałem na stacje diagnostyczną gdzie KLV przeszedł pozytywnie badanie techniczne. Drobne uzupełnieni oleju po zimowym postoju i maszynka gotowa w drogę. Na dzisiejszą wycieczkę wraz ze mną wybrała się Atomówka – póki co na plecaczka choć minę miała z tego powodu nie tęgą. Nie mogoł również zabraknąć Selvina, Kuba najwyraźniej się rozmyślił a może po prostu uznał po poprzednim wyjeździe iż strasznie się wlecze – miał takie prawo, place zmarzły mi wtedy niemiłosiernie i gaz się nie wkręcał. Plan  dnia  bardzo ogólny, przewidywał podróż z dala od głównych dróg i odwiedziny przynajmniej dwóch zamków. Oprócz samej jazdy miał być coś dla ducha i kultury – czyli jakieś wartości poznawcze. Wyjazd nieco się opóźnił a to za sprawa małego zatoru na stacji diagnostycznej ale już około godziny jedenastej mogliśmy opuścić miasto i udać się bocznymi drogami wzdłuż autostrady A4 ku Jaworowi.  Drogi boczne bardzo malownicze, wiją się wzdłuż pól na których widać już pierwsze ślady nadchodzącej wiosny w postaci zielonych pędów. W mijanych wsiach wzbudzamy  małe sensacje szczególnie u najmłodszych a starszym pewnie na myśl przychodzi na taki widok  niechybny fakt zbliżającej się wiosny. Przygoda zaczyna się w Jaworze właściwie to nasz punkt startu z którego udajemy się do Złotoryi. Teraz robi się coraz ciekawiej może to po części dla tego, iż w okolicy tej byłem raz a może dwa razy w życiu… Pachnie małą przygodą, która wyłania się za każdego wzgórza – jak ja dawno tego nie czułem. Słonko smaga policzki przez szybę wizjera tak mocno, że uchylam go by poczuć łagodny chłód  wiatru. Jest pięknie, jedziemy i przez chwilę mogę zapomnieć o całym bożym świecie. Chwilo – TRWAJ! Złotoryja nie tak złota, choć rynek ma urokliwy a atmosferę sielankową. Robimy parę fotek, smakujemy pierwszego lodzika w sezonie i jedziemy dalej. Po wyjeździe z miasta –samo miasto położonej jest na nieco przewrotnie na stokach w dolince- na polu przed nami wyrastają wiatraki, a właściwie cała farma wiaterków i na raz ni z stąd ni zowąd zaczyna wiać, wieje nawet chwilami dość mocno jak na zawołanie. Wielkie łopaty wiatraków obracają się dostojnie z całą masą powietrza i lśnią w promieniach słońca. Kto powiedział, iż wiatki psują widoki? – debil jakiś to hasło wymyślił.

Drogi coraz gorsze, zupełnie nam nie przeszkadzają. Widoki jeszcze lepsze niż te mijane chwilę temu, zakręt za zakrętem a tuż za nimi  wyrasta na wzgórzu warownia – zamek w Grodźcu. Podjazd do zamku jak z bajki, najpierw długa prosta przez pole, potem tuż przed olbrzymim wzgórzem porośniętym drzewami na zboczu u podnóża wyrasta wieś nad którą góruje biała wieża kościoła, droga zwija ku górze. Stary dukt wije się jak wąż ku szczytowi  i oplata wzgórze, ścieżka jest wąska kończy się na samym szczycie gdzie wpada przez bramę do zamczyska. Wrota otwarte to wjeżdżamy do środka J. Wewnątrz świat się zatrzymał, zsiadamy z naszych rumaków a koło nas przebiega gość  z łukiem i to w dodatku w rajtuzach! Psia mać co jest za dużo wczoraj wypiłem? Przecieram oczy ze zdumienia paterze na Selvina on na mnie ja na Atomówkę, a przednimi na łące leży niewiasta z czepkiem na głowie, obok niej kolejny gość w rajtkach raczy się z dzbana a kilku innych podobnych im wali z łuku. Wehikuł czasu. Zamek pierwsza klas takie właśnie jak lubię z fosą, zwodzonym mostem, murami, zamczyskiem. Wszędzie można wejść, dotknąć pomacać, w Sali rycerskie czuć zapach palonego drewna w kominku, czuć go zresztą wszędzie, na dziedzińcu pali się ognisko, oczy swędzą od czadu. Miła Pani z obsługi przechowuje nasze kaski i ciuch możemy sobie wygodnie łazić po całym zamczysku, nawet sale tortu udostępniają do zwiedzania – pięknie. Spędzamy tu mile kilka godzin, wchodzimy gdzie się tylko da i zaglądamy wszędzie nawet udaje się zajrzeć na prywatne kwatery trochę przez przypadek.

Zamek opuszczamy nie chętnie – ja na pewno. Kierujemy się na Lwówek Śląski. Teren coraz bardziej pofalowany, słonko grzej jeszcze mocniej, droga robi się jeszcze bardziej kręta i jest jeszcze piękniej. Lwówek mijamy tranzytem a szkoda bo mieści się tu bardzo dobry browar w którym ważą nie złe piwo, następnie mijamy Gryfów Śląski i już mamy  Zamek Czocha. To zupełnie inna liga niż zamek Grodźec. Zamek równie pięknie położony nad jeziorem a właściwie to chyba zalewem, świetnie zachowany  a może częściowo odbudowany, znacznie większy ale też bardziej skomercjalizowany. Trafiamy na inscenizacje militarne tym razem witają nas żołnierze z czasów II Wojny Światowej.  Płacimy haracz za parking i udajemy się do środka, czas nie ubłaganie płynie. Zwiedzanie tylko z przewodnikiem, najbliższa grupa startuje za godzinę.  Nie mamy tyle czasu musimy zrezygnować i zadowolić się tym co zobaczymy z zewnątrz przed nami jeszcze kawałek  drogi powrotnej do domu. No to w drogę ale skoro nie zobaczyliśmy zamku to przynajmniej zobaczmy góry! Jak pomyśleli tak zrobili i już po chwili lądujemy w Świeradowie Zdrój skąd śnieżną drogą przez przełęcz udajemy się do Szklarskiej Poręby. Chwilami robiło się naprawdę zimno, bez grzanych manetek Atomówka i tak sobie radzi wsadzając zmarznięte ręce po moje szanowne cztery litery (jej wypróbowany skandynawski sposób na zimno kończyn górnych). Nie dobór ciepła rekompensują widoki szczytów gór pokrytych śnieżną pelerynką. Zjeżdżamy do Szklarskiej Poręby, skąd chcemy jak najszybciej się wydostać by nie zostać zdeptanym przez masy turystów i narciarzy! Tu właściwie można by zakończyć dzisiejszą historię, w celu uniknięcia jazdy po zmroku wybieramy główną i najszybszą  drogę do Wrocławia przez Jelenią Górę i Strzegom do Wrocławia. Smak pierwszej małej tegorocznej podróż zmącił już mój umysł, zwoje mózgowe już planują następny wypad a ja świadome lub może podświadomie z utęsknieniem wypatruje kolejnego tak ciepłego i słonecznego weekendu. 

 

Komentarze: 0

pon

05

mar

2012

Atomowy batmobil

Dziś Atomówka odebrał długo oczekiwane elementy "karoseria" swojego motocykla. Efekt końcowy "malowania" przeszedł najśmielsze moje oczekiwania! Wszystkie elementy zostały zabezpieczone czarną przypominająca nieco gumę powłoką LineX a dokładniej i bardziej fachowo to poliuretanową warstwą ochronną. "Lakier" tworzy strukturalną warstwę przypominająca nieco tkz. baranek w dotyku ma się wrażeni iż całość został zabezpieczona nieco stwardniałą gumą, Mimo grubej warstwy wszystkie elementy pasują idealnie - to dzięki fachowemu pomalowaniu. Ja już nie mogę sie doczekać aż poskładamy motocykl w całość! To będzie prawdziwy batmobil!

Więcej o materiale znajdziecie na: www.extremeprotection.pl

 

Komentarze: 1

nie

04

mar

2012

Pierwsze koty za płoty

Zamek w Żmigrodzie
Zamek w Żmigrodzie

Dzisiejszy dzień śmiało mogę nazwać  moim otwarciem sezonu 2012 – 65500km tyle mi dziś przez chwile pokazał licznik. Co prawda sezon motocyklowy został otwarty już w styczniu przy okazji wizyty na WOŚP, no ale to były takie tam sobie miejskie podjazdy. Tydzień temu udało się odpalić i przetestować KLR-a, nie bez oporów  ale po chwili negocjacji zagadał i nawet dał się namówić na krótką przejażdżkę. Piec został wstępnie dotarty po zimowym remoncie. Dziś przyszyła pora na KLV-a ten odpalił bez zająknięcia za pierwszym strzałem (motorek zimuje pod plandeką) i już po chwilo ochoczo zabrał mnie na pierwszą wycieczkę „wokół komina”. W umówionym miejscu czekał już Kuba na swoim nowym nabytku KTM-ie SMT a pochwali i pojawił się Marek na nowiutkim GS-ie 1200. Mimo zimna, temperatura oscylowała w okolicach +2 / 3 stopni, udało się zrobić parę kilometrów i sympatyczną trasą, którą na końcówce nieoczekiwanie zatoczyła dodatkową pętle. Jedyna niedogodność dzisiejszego dnia to kiepskie rękawiczki i odmarzające końcówki palców. Po za tym było mi bardzo ciepło i komfortowo – musze powiedzieć iż podpinka z Outlastu w Modece Cool Black robi dobrą robotę przy takich temperaturach. Trasa dzisiejszej wycieczki wiodła przez Oborniki Śląskie – Żmigród – Stawy Milickie – Milicz – Twardogórę - Milicz i Trzebnicę. Czyli mój ulubiony klasyk. Po drodze spotkaliśmy paru motocyklistów – widać nie tylko my mieliśmy podobny pomysł na przejażdżkę. Spotkaliśmy też kilku motocyklistów ale bez motocykli i kilkadziesiąt innych osób których to łączyło jedno pytanie: czy nie jest może aby za zimno? Odp. – NIE, ale grzane manetki by się przydały. Zdjęć za dużo nie zrobiłem bo troszkę tak wyszło, iż mi się nie chciało  i paluchy miałem skostniałe.

Tak czy siak zaczynamy jeździć i żegnamy zimę!

 

Komentarze: 0

nie

26

lut

2012

Narciarze bez nart

Atom
Atom

Po ataku zimy jej śladu z oknem już prawie nie ma, przynajmniej we Wrocławiu. Zamiast wybrać się jak na porządnego motocyklistę przystało na „baizel” my wybraliśmy się na wycieczkę do lasu. Jakiś czas temu za na mową Atomówki stałem się „szczęśliwym” :( posiadaczem kijów, na narty kasy nie starczyło , :) zresztą i tak by się nie przydały bo po śniegu ani śladu. Więc tejże pięknej  słonecznej niedzieli postanowiliśmy zacząć łazikować  z ów kijami,  po zjechaniu wszystkich okolicznych wsi w końcu dotarliśmy do całkiem sympatycznego Lasu Rędzińskiego – dla nie wtajemniczonych to las po prawej stronie Odry tuż za Wrocławiem. Miejscówka okazała się całkiem sympatyczna i co mnie zaskoczyło nawet bardzo widokowa. Jedynym mankamentem miejsca są pobliskie pola irygacyjne, o ile wiatr jest zachodni to wszystko jest w porządku lecz jeśli trafi się wiatr przeciwny… oj to strasznie fuj, fuj.  Wyrwani za biurka ruszamy z kijami przez pola i lasy, ja walkę z kijami przechodziłem straszną. Nie powiem żeby mi ów kijki do szczęścia w chodzeniu były potrzebne, bardziej mi przeszkadzają niż pomagają. Atom sobie jakoś z techniką marszu radzi ja najchętniej bym te kije pchnął w kierunku rowu, a tak te cholerne tyczki co krok mi się miedzy nogami plątają. Ale nic, trzymam fason, kije są trendy to i ja się w ten nurt trendy wpisze. Po stoczonej nie równej walce i mnie zaczęły słuchać. Muszę powiedzieć, że po paru godzinach marszu już się z nimi zaprzyjaźniłem. Miał być krótki spacerek wyszło, iż dotarliśmy do ujścia Widawy do Odry. Rozlewisko Widawy ciałkiem urokliwe, las Rędziński również, mnóstwo tu starodrzewia, kanałów, jeziorek generalnie piknie – wymarzony teren by przylecieć tu na enduro :)  Ale to chyba kiepski pomysł gdyż w drodze powrotnej napotykaliśmy patrol policji w Nawarze. Las leży na terenie parku Natura 2000 i obowiązuje zakaz wjazdu...  . Nie obyło się bez przygód Atom jak zwykle musiał coś zamajstrować i tym razem tradycji stało się zadość. Kasia postanowił pomóc zimie opuścić nas jak najszybciej rozbijając pozostałe resztki lodu i oczywiści noga wyładowała w rzece. Ciekawe gdzie miała kijki? Tak to jest jak na chwilę dziecko zostawi się same.. Powrót do samochodu, mniej więcej połowa drogi, odbył przy tupocie mokrych stóp. Przy okazji spaceru odnaleźliśmy super miejscówką na ognisko, teren świetnie przygotowany nawet parę wiat postawiono nic tylko przyjechać z przyjaciółmi na ognicho. Jak już się  wam  znudzą spacery po  Wrocławskich Parkach zerknijcie łaskawym okiem na Las Rędziński i Lesicki przy ul.Wędkarzy naprawdę sympatyczne miejsc o ile wiej z zachodu :)

 

PS. Tym razem na wycieczce zabrakło aparatu więc foteczki tylko z telefonu.

 

Komentarze: 1

śro

15

lut

2012

Ja i pisanie

Bandit
Bandit

Dawno niczego nie napisałem, same filmy i zdjęcia. W ogóle to strasznie mnie wkręciło robienie tych filmików z podróży i pewnie grzebał bym się dalej w tych filmach ale mnie się już materiały skończyły. Czy to znaczy, że już nie będę pisał? No nie wiem, przez chwilę już zwątpiłem czy powinienem. Odezwały się głosy iż pisze straszenie i że błędów pełno i że  wstyd, obraza i że czytelników nie szanuje w ten sposób robiąc. No nie złe ze mnie ziółko w duchu sobie pomyślałem. Ja nie szanuje? ehhh. To po co ja to robie. Tyle wieczorów, weekendów zarwanych, tyle pracy i co… wszystko do d… (tu kropkuje bo Was szanuje:). Może lepiej nic nie trzeba było robić  tylko pójść z kolegami wódki się napić albo do pab-u wieczorem na spacerek.  Trochę mnie to gryzło w środku i spokoju nie dawało. Z drugiej strony odezwały się głosy przyjaciół, kolegów chętnych do pomocy i korekty tego co pisze – no to może jednak jest sens pisać skoro są i tacy co chętnie pomogą i korektę zrobią znaczy się ktoś to jednak czyta, komuś zależy. Pisać chyba też jednak warto bo i trochę e-maili przychodzi i trochę ludzi pyta co  jak, którędy. Miotałem się tak kilka tygodni ba może nawet ze dwa miesiące, cóż począć? Poprosiłem więc Przyjaciela o pomoc, ten zamiast pomocy radę dał – sprawdzać? korekty dawać?  sensu niema to odpowiedział. Sztuczny obraz z Ciebie zrobię. Znów w łysawą  głowę  drapać się zacząłem – przyjaciel to mój jest człek ten jeszcze, czy może oponent  już. Dumałem, nie pisałem, temat analizowałem. Wnioski. Cóż już chyba taki jestem niewykształcony albo co gorsza upośledzony? Tak czy inaczej, najprawdopodobniej zmiany nieodwracalne nastąpiły, mózg się zlasował, pisać poprawnie nie będę ale pisać nie przestane, stary jestem i uparty. Tym którym się to nie podoba lub przeszkadza radzę z dalszą lekturą dać sobie spokój i nerwów swoich nie nadszarpywać – bo zdrowie najważniejsze. Zmian nie będzie, błędy jak był tak będą dalej a przecinki stawiać będę wtedy kiedy mi braknie tchu w  płucach lub jak mnie najadzie tak fantazja. Na „pierdoły” czasu mi brakuje sezon tuż, tuż a ja cały czas w polu jestem z robotą w warsztacie a prazy zawodowej ma sporo, wszak nie tylko pisaniem zajmuję się. W sezonie czasu też nie będzie bo zamiast z nosem w słowniku  wolę   d…ę na maszynie po polu powozić. Do cenzury i korekty też nikomu tekstu nie dam – bo nie, taki jestem i się nie zmienię. Na koniec,  znam takich którzy piszą znacznie lepiej niż ja - ale im się nie chce, znam takich którzy mówią iż zrobili by to znacznie lepiej ale – ale nie robią nic, znam również takich co całe życie narzekają i krytykują a mimo wszystko i tak te moje wypociny czytają. Dal tych wszystkich którzy jednak to doceniają i tu zaglądają pisać nadal będę tylko  Ja. Ten  prawdziwy Ja.

 

Komentarze: 1

nie

05

lut

2012

Nowa zakładka - ciekawe miejsca

Przygotowując się do każdej podróży, szukam ciekawych miejsc, które chciałbym zobaczyć. Staram się je zawsze nanieść na mapę gdyż  ten sposób daje możliwość łatwego zaplanowania całości podróży. Pomyślałem iż warto by się podzielić tymi zebranymi informacjami, być może komuś z was drodzy czytelnicy przydadzą się te informacje. Zachęcam do dzielenia się swoimi ciekawymi  miejscami, piszcie w komentarzach co warto zobaczyć i mnie się wasze podpowiedzi przydadzą. Mapę będę starał się aktualizować o kolejne kraje.

Po kliknięciu na zaznaczone miejsce na mapie powinna pojawiać się krótki opis danego punktu. Mapy można otwierać w nowym większym oknie. Obszar moich zainteresowań to przede wszystkim architektura i szeroko rozumiane cuda przyrody.

 

Komentarze: 1

pon

23

sty

2012

Nowa zakładka - FILMY

Zapraszam do zaglądnięcia do nowej zakładki FILMY w której czeka na was jeszcze cieplutka relacja z naszej zeszłorocznej wyprawy do Skandynawii. Ze względu na długość materiału zdecydowałem się podzielić materiał na części. Kolejne części a będzie ich sześć będą się ukazywać jak tylko skończę prace nad ich montażem. Nakręcenie filmów było możliwe dzięki Salowej kamerce i GB-tom zapisanej przez nią „taśmy filmowej” z której pieczołowicie teraz wybieram dla was najlepsze momenty.  

 

Komentarze: 0

sob

14

sty

2012

Kawasaki KLR 600 reaktywacja

Kawasaki KLR 600 B
Kawasaki KLR 600 B

Jest, jest - moje Kawasaki KLR 600 już gotowe do walki z bezdrożami. Dwa miesiące trwały prace nad uruchomieniem maszynki, efekt końcowy zaskoczył chyba nawet mnie samego.

Zaczęło się od zakupu maszyn w stanie prawdę powiedziawszy nie do końca znanym. Jedno  było wiadomo to  że maszyna nie jest na chodzie i nie trzyma ciśnienia w cylindrze mimo wymiany tłoka na nowy. Motor dostała od poprzedniego właściciela nowy łańcuch rozrządu i tarcze sprzęgła – czyli dość spore nakłady a silnik nadal niesprawny. W czasie wstępnych oględzin okazało się, że również z rozrusznikiem są problemy.

Zdesperowany sprzedawca gotów był się pozbyć maszyny za wszelką cenę  i dość  mocno obniż swoje oczekiwania finansowe  w trakcie negocjacji. Tym sposobem stałem się posiadaczem mojego KLR-a.

Bez zbędnej zwłoki wraz z Jackiem z warsztatu Moto-Majs przystąpiłem do remontu maszynki. Od października mój dzień wyglądał następująco: pobudka, praca w biurze w końcu z czegoś trzeba żyć, przelot do warsztatu, dłubanina przy motorze, powrót w późnych godzinach wieczornych do domu, spanko i znów pobudka.

Pierwsze dni w warsztacie poświęcone rozbiórce odsłoniły nagą prawdę. Uszkodzeniu uległ cylinder, przeprowadzony szlif był mało profesjonalny, szklanki popychaczy zostały przeszlifowane od spodu (taki „oryginalny” sposób ustawiania luzu zaworowego?) a tłok osadzono odwrotnie. W sprzęgle do wymiany prócz samych tarcza nadawały się również sprężyny. W rozruszniku padło łożysko i szczotki dokonywały żywota. Kolejne niespodzianki czekały w tylnie piaście tu wymianie musiały ulec wszystkie łożyska.

Motor był mocno zaniedbany eksploatacyjni mimo ogólnego pozytywnego wrażenia jakie robił. Dalszym wymianą ulec musiał: cały zestaw napędowy, linki, przewody hamulcowe a olej w lagach pamiętał chyba jeszcze czasy Mussoliniego (motor pochodził z Włoch).

Duża część plastików wymagał naprawy, której dokonałem we własnym zakresie spawając je samodzielnie  tu  z pomocą i wskazówkami przyszedł  Jacek i dzielnie wspierał mnie Dominiki. Na koniec wszystkie elementy zostały przygotowane do malowani a cały motor dostał nowy zielony (khaki) kolor. Ilości pracy była ogromna  a w motocyklu znalazło się masę nowych kosztownych części.

Przy okazji naprawy motocykla zdobyłem ogrom wiedzy o mechanice motocyklowej i poznałem większą cześć „śrubek” w mojej maszynie. Dziś nie jest dla mnie już tajemnicą docieranie zaworów czy ustawianie luzów zaworowych lub rozrządu. Przełamałem również swoją niechęć do elektryki i w końcu może to  wstyd  ale nauczyłem się poprawnie lutować i nawet mi to zaczęło wychodzić – a to dzięki reanimacji elektryki, którą przez swoją nieuwagę nadpaliłem. Na długo zapamiętam sobie by nie pozostawiać żadnego nie zaizolowanego przewodu lub końcówki. Dziś śmiało mogę powiedzieć iż jestem w stanie sobie poradzić z naprawą tej maszynki samodzielnie. Prosto konstrukcja mojego jednocylindrowa sprawia, że wydaje się być on idealną maszyną wyprawową w te  zakątki świat gdzie jeszcze nie dotarły szeroko rozumiana sieć serwisowa, a ta perspektywa kusi! Póki co najbliższe plany dotyczą wszystkich okolicznych bezdroży i prawdziwej nauki jazdy w trudnym terenie. Ciekaw jest waszych opinii co do maszynki tak więc zachęcam do pisania komentarzy.

  

 

 

Komentarze: 5

nie

08

sty

2012

XX Finał WOŚP we Wrocławiu

Jak co roku nie mogło na zabraknąć na WOŚP, graliśmy jak zwykle z Wrocławiem. Miejscem spotkania wszystkich motocyklistów stał sie ponownie do ubiegłorocznej kwesty  Plac Solny. Na miejscu zebrało się kilkadziesiąt maszyn, które przygarnęło i ugościło Wrocławskie Stowarzyszenie Motocyklistów SWBikers które grało  wraz z Grupą Tadzika do jednej  wspólnej bramki. Mimo kiepskiej pogody nie mogło zabraknąć gorących napoi, słodkich babeczek i ciepłej strawy. Zapraszam do obejrzenia krótkiej relacji z imprezy  zakończonej pokazem fajerwerków czyli - światełko do nieba z Wrocławia .

 

Komentarze: 0

pią

23

gru

2011

Życzenia Świąteczne

Święta już nadeszły, 
a wraz z nimi życzeń czas,
chcę zatem dziś powiedzieć Wam
kilka cennych spraw:
zdrowia, szczęścia, optymizmu, radości, wiary w siebie oraz  wytrwałości
 - byście mogli razem zemną sięgnąć gwiazd!

 Niech choinka, piękna zielona,

nastrój świąt Wam przywołuje,
Nowy Rok czarem swym czaruje,
by fortuną sypnął wnet

Tego wszystkiego życzę Wam – ja.

 

Komentarze: 1

pon

19

gru

2011

Relacja z wyjazdu do Łodzi na M.Ś. w enduro halowy

Komentarze: 0

nie

18

gru

2011

BIG DAY - Kawasaki KLR 600

Jako że coraz bardziej wkręcam się w kręcenie filmików proponuje obejzenie  kolejnego zapisu.

Tym razem będzie to półtora minutowy zapis dwumiesięcznej pracy nad przywróceniem życia w sercu Kawasaki KLR 600 i w końcu kulminacyjny moment - pierwsze odpalenie! Udało się za pierwszym razem. 

Komentarze: 0

pią

09

gru

2011

Motocykl 1/2012

Zapraszam wszystkich do lektóry bieżącego  numeru (1/2012) miesięcznika Motocykl a szczególnie do odwiedzenia stron 98-99 tegoż numeru. Poraz kolejny Redakcja gazet zdcydowała się opublikowac przygotowany przezemnie materiał. Tym razem jest to propozycja trasy weekendowej po Bieszczadach. Zamiezczon propozycja wycieczki to efekt kilku wyjazdów na "ścianę wschodnią" naszego kraju. Żywie nadziej że lektura wam się spodoba i wybiererzecie się w nadchodzącym sezonie w ten rejon naszego kraju.

Komentarze: 1

nie

04

gru

2011

Motomikolaje 2011 - Wrocław

Tym razem troszkę nietypowo zamiast pisać zapraszam wszystkich do obejrzenia mojego debiutu filmowego z imprezy Motomikołaje 2011 we Wrocławiu. To pierwszy film jaki udało mi się nakręcić i zmontować samodzielnie więc wybaczcie pewne niedociągnięcia. Czekam na wasze komentarze.

 

Komentarze: 5

pon

21

lis

2011

Po godzinach w warsztacie

Jakiś czas temu na byłem kolejna maszynę zwaną potocznie przeze mnie Krzakołazem czyli Kawasaki KLR 600. Ów maszyna  trafiła w moje ręce w stanie delikatnie mówiąc – złym. W cylindrze brak było ciśnienia, rozrusznik nie dychał a sprzedawca chciał pozbyć się sprzętu za wszelką cenę gdyż utopił w motorze już sporą ilość gotówki i nerwów. Jako że zaproponowana cena wydawała się być rozsądną nabyłem sprzęta i tak rozpoczęła się moja nowa przygoda z Krzakołazem.

Maszyna trafiła dzięki pomocy znajomych do Wrocławskiego warsztatu Moto-Majs gdzie dzięki życzliwości Jacka mogłem rozpocząć prace nad przywróceniem życia maszynie. Od pewnego czasu Jacek jest dla mnie – mistrzem, wyrocznią, nauczycielem i niekwestionowanym fachowcem we wszystkim co dotyczy mechaniki  motocykli. Należy tu wyjaśnić, iż moje dotychczasowe doświadczenia i widza na temat mechaniki motocyklowej okazała się mierna, a im więcej czasu spędzam w warsztacie pod czujnym okiem Jacka tym bardzie mam wrażenie iż wiem, że nie winem nic.

Dotychczasowy porządek mojego dnia stanął na głowie i został podporządkowany jednemu celu – tchnieniu życia w serce maszyny. Co dziennie zaraz po pracy udaje się do warsztatu gdzie śruba po śrubie nakrętka po nakrętce rozkręcam swoją maszynę na części pierwsze by później przy wsparciu mojego Guru składać to z powrotem w jedną całość. Muszę powiedzieć, iż praca ta daje mi wiele satysfakcji. Udało mi się już uzbroić przednie zawieszenie w którym wymianie uległ olej i uszczelniacze lag. W życiu nie przyszło mi by do głowy, iż w lagach znajduje się tyle podkładek, uszczelniaczy, tulejek nie wspominając o sprężynach. Dużo pracy i cierpliwości potrzebne było przy docieraniu zaworów. Nie obylo się bez niespodzianek a to za sprawią konieczności wymiany „szklanek” które pewien żartowniś podszlifował zamiast dobrać właściwej grubości płytki. Z rozrusznikiem  sprawa również nie wyglądała najlepiej. Zużyciu uległy szczotki i łożyska o ile z pierwszymi obyło się bez problemu o tyle drugie okazały się być na tyle nie typowymi, iż należało z toczyć odrobinę wałek w celu dobrania właściwej średnicy. Całości nie udało by mi się złożyć i polutować gdyby nie pomoc sprawnych dłoni piękniejszej połowy Jacka, która to okazała się specjalistką w tej dziedzinie. Znacznie prościej i szybciej udało się uporać z gaźnikiem. Tu wystarczyło gruntowne czyszczenie, przedmuchiwanie, odtłuszczanie i wymiana uszczelek.

Praca to jedna polowa medalu druga połowa to poszukiwania części, jako ze motor ma już swoje lata nie jest to takie proste chodź powodów do narzekań nie ma. Spora oferta części znajduje się na rynku  wtórny, dostęp do części nowych też jest nie najgorszy.

Przede mną jeszcze sporo pracy i nauki o czym przeczytacie wkrótce wraz z postępem prac przy mojej maszynie. Mam nadziej, że to tego czas Atomówka wykaże sporą dozę cierpliwości gdyż w domu zaczynam być gościem.

 

Komentarze: 1

nie

13

lis

2011

Ogryzkowa Zawoja

Zawoja
Zawoja

Ten chyba ostatni długi weekend tego roku troszkę nieoczekiwanie udało nam się spędzić w Zawoi na pierwszym nieoficjalnym zlocie Suzuki SX4. Ale od początku, planów żadnych na weekend nie było był pomysł by wybrać się w góry by po raz ostatni popatrzeć na przebarwiające się lasy i doliny Kotliny Kłodzkiej. Nieoczekiwany telefon od Ogryzka  i Karoliny i już wszystko było wiadomo – jedziemy w Beskid Żywiecki. Wyjeżdżamy z samego rana w piątek 11 listopada – czyli w święto Niepodległości. Wybieramy najkrótszą i najszybszą trasą - tak się przynajmniej nam wydaje. Droga początkowa nudna ale bezpłatną jeszcze autostradą A4, która zmienia a swój charakter dopiero gdzieś za Bielsko-Białą w kierunku na Żywiec. Tu zaczynają się pierwsze wzniesienia a na horyzoncie pojawiają się góry. To co uderza nas od razu to zgoła odmienny charakter mijanych wsi i miasteczek. Tutaj na każdym wzgórzu widzimy dom lub gospodarstwo, porozrzucane bez ładu i składu na wszystkich wzniesienia a połączone ze sobą tylko białymi polnymi drogami, to co widzimy mocno kontrastuje z tym do czego przyzwyczajeni jesteśmy na Dolnym Śląsku czyli do zwartej wzdłuż głównej drogi zabudowy wsi i miasteczek np. Kotliny Kłodzkiej. Droga zaczyna robić się kręta i pnie się na kolejne wzgórza by już po chwil opaść do kolejne dolinki. Okazuje się iż wybrana przez nas najkrótsza trasa jest dłuższa od „normalnej” o 40km do tego trafiamy na mały korek w okolicach Żywca – nic to i tak jest pięknie, słonko daje na full jak na ta porę roku a kolory mijanych lasów za szybą coraz piękniejsze. Docieramy do Zawoi gdzie spotykamy się na Stacji z Ogryzkiem i Wyszkiem, ale ten chłopak rośnie! Trafienie na miejsce naszego pobytu wcale nie jest takie proste gdyż dom do którego się udajemy jest położony wysoko w górach i wiedzie do niego gruntowa droga, wąska na jeden samochód i raczej o kiepskiej nawierzchni a dla utrudnienia dodatkowo kluczy z innymi dojazdami. Pniemy się ostro do góry Ogryz nie oszczędza swojego SX-a, tnie ostro do przodu – wcześniej ostrzegając mnie, iż jak nie będę mógł nadążyć bym się nie martwił będzie na mnie czekał w „bezpiecznych” miejscach. Gdy docieramy na miejsce, witający mnie widok na Babią Górę od razu podcina mi nogi z wrażenia! Jest to jedno z piękniejszych miejsc jakie widziałem i miałem okazję przebywać w Polsce na dodatek będzie nam dane spędzić tu cały weekend w doborowy towarzystwie! Na powitaniach „zakwaterowaniu” i pozmawianiu okolicznych mieszkańców a także  świętowaniu – w końcu mamy 11 listopada – spędzamy resztę dani podczas, którego raczymy się całym zapasem wiśnióweczki.  Będzie wesoło.

Górskie świeże powietrze o poranku jest dość łaskawe dla mojej w właściwie naszych głów. Zaraz po śniadanku udajemy się po zaopatrzenie do lokalnego sklepu w dolinie – oczywiście tą samą droga, którą przyjechaliśmy czyli czekam nie szaleńczy zjazd w dół – jest zabawa i wielki uśmiech na mojej twarzy - SX też to lubi. Po podciągnięciu i uzupełnieniu zapasów wybieramy się na wspólny spacer po górach. Ogryzek pozakazuje nam starą bacówkę do której biegał kiedyś jako mały chłopiec, udajemy się też w góry i tu okazuje się, iż  wszyscy go tu znają. Pogodę mamy cudną robię masę zdjęci, widoki są jeszcze piękniejsze niż wczoraj, las tonie w ciepłych kolorach mocno kontraktując z błękitem czystego nieba a drzewa rzeźbi ostry i długi światłocień. Wyszek dzielnie przemierza szlak na własnych nogach bez grymaszenia. Wspólnie docieramy na szczyt okolicznego wzniesienia, tu na chwilę się rozstajemy. My z Kasią mamy jeszcze wielką ochotę na dłuższy spacer strasznie nas ciekawi co zobaczymy za kolejnym wzniesieniem i jeszcze za kolejnym bo górskich krajobrazów nigdy nie mamy dość. W lesie czujemy wyraźny chłód, kępy traw są tu wyraźnie oszronione za to na halach pięknie grzej słonko. Kurcze ale tu pięknie. Zalegamy w słońcu na jednej z hal tuż nad przełączą i we dwoje delektujemy się tymi widokami, pochłaniamy je wszystkimi  zmysłami, próbując uchwycić w pamięci jak najwięcej szczegółów. Powrót tą samą drogą co podejście. Po przybyciu na miejsce czeka na nas już ciepły obiadek z prawdziwego opalanego drzewem i węglem pieca. Obiad przygotowała Karola może do spółki z Kasią – nie pamiętam, za to pamiętam, że był przepyszny kurczak.

My z Ogryzkiem, otoczyliśmy szczególna opieką zagrodę Żubrów dokładnie pilnując by zgromadzone 24 szt miały odpowiednią temperaturę i w równych odstępach czasów opuszczały stado.

Słońce o tej porze roku zachodzi niestety dość szybko, spadającą wieczorem temperatura przepędza nas do wnętrza chaty gdzie życie toczy się wokół pieca. Przez ów piecu zostałem Bramborowym Potworem. Moim wielkim przysmakiem szczególnie dobrze przyswajanym z piwem są pieczone ziemniaki – ale nie takie zwykłe pieczone na patelni – ja mam na nie swój własny sposób. Biorę ziemniaka dobrze umytego przecinam na pół smaruje delikatnie masełkiem i zawijam w folię aluminiową, następnie układam go na rozgrzaną płytę pieca (do tego potrzebny jest prawdziwy „babciowy” piec)  i piekę go tak ok. 15min od czasu do czasu obracając. Po kwadransie zakąska gotowa rozwijamy sreberko delikatnie solimy i smakujemy popijając piwem – niestety ja nie umiem się oprzeć temu smakowi i w Zawoi pochłonę z 1.5kg ziemniaków… Podobnie można przyrządzić Pstrąga.

Żubr za Żubrem ustawiały się w kolejce, zaległych opowieści nazbierało się dość wiec było o czym pogadać i wymienić się spostrzeżeniami, łysy za oknem zaglądał już od dłuższego czasu a niebo rozświecało milion gwiazd sen przyszedł nie wiadomo z kont  i zwalił nas w kąt chałupy nie wiadomo dokładnie jak a Żubry z zagrody rozbiegły się po polu.

Niedzielny poranek był leniwy… na tyle leniwy, iż na spacer udało się wybrać dopiero kolo przed południa. Tym razem w góry wybraliśmy się w trójkę poszliśmy w kierunku przeciwnym do wczoraj obranego a poprowadził nas nasz gospodarz. Widoki iście imponujące, przy okazji dostaliśmy lekcję historii z której  dowiedzieliśmy się iż przechodziła tędy niegdyś granica, do dnia dzisiejszego zachowały się po tych czasach okopy do wykonania których przymuszono okolicznych mieszkańców.  Ze szczytu nieopodal naszej kwatery oczom naszym ukazała się kolejna przepiękna panoram. U podnóża tegoz szczytu wykonałem też chyba jedno z piękniejszych zdjęci tego sezonu – zdjęcie starego krzyża na tle niebieskiego nieba i kontrastującej z nim łąki. Po powrocie do domu  z wspólnie przygotowanych produktów – ja wczoraj skroiłem masę surowego mięska- gospodarze przygotowali całkiem niezły gulasz, który spożywaliśmy tego dnia w słoneczku przed domem z widokiem na Babią Górę. Na zakończenie naszego weekendu wspólnie wybraliśmy się jeszcze do zagrody czarnego Daniela gdzie mogliśmy nakarmić na wpół oswojone Daniele, Sarny i podziwiać za plota olbrzymiego Jelenia z okazałym porożem.

Droga powrotna do Wrocławia okazała się krótsza od tej którą obraliśmy w poprzednią stronę i znacznie szybsza tak więc już wiem jak szybko i sprawnie dotrzeć do Beskidu Żywieckiego, także nasi drodzy Gospodarze zgodnie z obietnicą do ZOBACZINEA wkrótce!

 

Za fantastyczny weekend w górach za piękne widoki i super towarzystwo serdecznie dziękujemy Ogryzkowi, Karolinie i najmłodszemu członkowi rodziny Wyszkowi.

Kasia i Łukasz 

 

Zawoja Ogryzkowa
Zawoja Ogryzkowa
Zawoja
Zawoja
Wełczoń
Wełczoń
Magurka
Magurka
Widok na przeł. Przysłóp
Widok na przeł. Przysłóp
Komentarze: 0

nie

06

lis

2011

Pierwsze koty za płoty, Honda NX 250

Mamy już Listopada a za oknem termometr ma dziś pokazać +16 stopni, nie co z niedowierzaniem postanowiliśmy wykorzystać tą optymistyczną prognozę pogody i udać się z Kasią na niedzielną przejażdżkę po bezdrożach. Dziś każdy pojedzie swoją maszyną Atomówka przetestuje swoją nową Hondę a ja pojadę na naszym niestrudzonym Kawasaki. Jak zaplanowaliśmy taki i uczyniliśmy nasz obrany cel to wzgórza Trzebnickie i Kocie Góry. Nim docieramy na miejsce zaliczamy przejazd przez poligon gdzie Kasia po raz pierwszy spróbował samodzielnej jazdy po bezdrożach. Szło je całkiem nie źle i w  dodatku nie zaliczyła żadnej gleby. Jazda po szutrach tak jej się spodobał, iż tego dnia większość dalszej trasy odbywała się już tylko po leśnych ścieżkach i polnych drogach z krótkimi dojazdami asfaltowymi. A jak nam poszło i jaką piękną pogodę mieliśmy zobaczcie sami na zdjęciach.

 

Komentarze: 1

sob

05

lis

2011

Nowy członek rodziny

Honda NX 250
Honda NX 250

5 listopada, sobota – ten dzień chyba na długo zapadnie w pamięci Atomówki, dziś nasza  rodzinka powiększyła się o kolejnego członka. Honad NX 250 zawitała do naszego garażu.

Długo wyczekiwana przez Kasię maszynka (po sprzedaży ER 500) przyjechała do nas aż z okolic Bydgoszczy. Honda ma przejechane ok. 26000km przynajmniej wg. licznika jeśli można mu wierzyć i jest z 93r, jej ulubionym środowiskiem są wszelkie bezdroża i wąskie lokalne ścieżki jak i miasto. Dużym atutem maszynki jest nisko umieszczone siodło i całkiem spore skoki zwieszenia. Motor wymaga troszkę pracy ale od czego są zimowe ciemne popołudnia. Jutro pierwsze przejażdżki i test, nie wiem jak Atomówka dzisiaj zaśnie.

 

Komentarze: 2

nie

30

paź

2011

Podcięte skrzydła

Witam was ponownie. Niespodziewana choroba podcięła mi skrzydła na kilka tygodni. Zaczęło się 2 tygodnie temu, coś mnie zaczęło swędzieć, jak po ugryzieniu komara za uchem a następnego dnia byłem już cały wyspany w kropkach. Wizyta u lekarza pierwsza  diagnoza – pokrzywka i wysypka alergiczna na całym ciele. Nigdy niemiałem alergii a tu tak nagle nie wiadomo z kąt stałem się alergikiem? Mijają kolejne dni a podawane leki alergiczne nie przynoszą rezultatu. Trafiam do Dermatologa ten potwierdza diagnozę lekarza pierwszego kontaktu i przypisuje mi mocniejsze leki, które również nie działają a do tego zaczynam gorączkować. Przestaje chodzić do pracy, zaczynam brać na własną rękę leki na zbicie gorączki i biorę choróbsko na przeczekanie. Po dwóch dniach z temperaturą  40stopni, której nie mogę już zbić domowymi lekami trafiam do szpitala zakaźnego na koszarowej. Po serii badań i diagnoz, gdyż okazuje się iż nawet tu mój przypadek nie jest aż tak oczywisty lekarze stawiają diagnozę – Herpangina, którą o ile dobrze zrozumiałem wywołały wirusy „koksaków”. W szpitalu udaje się zapanować nad temperaturą i bardzo pomału również nad moja wysypką, która staje się hitem na oddziale. Każdego poranka odwiedzają mnie grupy studentów V roku medycyny rządni wiedzy i obejrzenia mojej niezakaźnej wysypki.

Po tygodniu hospitalizacji udaję się zwalczyć chorobę a i wysypka ustępuje co prawda znacznie wolniej aniżeli można by tego oczekiwać ale jednak widać postępy. Znika tak jak pojawiał się czyli od góry ku dołowi. Po tygodniu pobytu w szpitalu i dwóch tygodniach od pierwszych objawów do staje wypis. Mam nadzieje iż limit chorób został wyczerpany i przyszedł czas aby nadrobić zaległości w domu i pracy.

 

Komentarze: 0

nie

02

paź

2011

Na górskim szlaku cz. II

Bielice
Bielice

Kolejny ciepły weekend i my znów uciekamy w góry, tym razem mamy zamiar udać się w trochę dziksze rejony kotliny Kłodzkiej – w Góry Bialskie. Klimat tych gór przypomina mi nieco Bieszczady. Ze względu na ukształtowanie gór i brak bazy turystycznej wewnątrz masywu mało kto się tu zapuszcza, jest więc dziko. Napotkanie na szlaku turystów należy tu  rzadkości. W naszej weekendowej podróży towarzyszy nam Selvin, zamieniamy środek lokomocji ponownie na samochód, pakujemy niezbędne graty, śpiwory i karimaty gdyż tym razem mamy zamiar nocować na dziko na skraju Puszczy Białej.  „Żuk” czyli nasze dzielnie Suzuki SX4  dowozi nas do Nowego Gierałtowa gdzie odbijamy na leśniczówkę położoną tuż przy czerwonym szlaku. Zostawiamy samochód na skraju lasu i ruszamy w dalszą drogę na własnych nogach. Tak jak zawsze pierwsze metry do najmilszych nie należą szczególnie iż zaraz zaczyna się strome podejście pod Czernicę. Z miłej leśnej szutrowi drogi odbijamy w kierunku stromego podejścia wąską zarośniętą ścieżka. Najpierwszy rzut oka widać, iż nie jest to nazbyt uczęszczany szlak. Wspinaczką jest dla nas mocno wyczerpująca, na wierzchołku troszkę lawirujemy pomiędzy kosodrzewinami i krzakami jagód nim odnajdujemy właściwą drogę na szczyt. Na szczycie czeka na nas za to piękny widok, pogoda jak zwykle rozpieszcza, słońce  piękne niebieskie niebo przypominające mi Adriatyckie błękity oraz pełna paleta ciepłych kolorów przebarwiających się drzew sprawia iż pstrykam zdjęcia bez opamiętania. Troszkę tu odpoczywamy i delektujemy się tymi widokami.

Góry Bialskie są dość specyficznym pasmem, gdy wejdzie się już na pewną wysokość oscylująca na rzędnej między 800 – 900m to chodzi się po masywie jak po równinie z tą różnicą iż równinę tą dzielą liczne doliny, z których co jakiś czas wyrastają szczytu górskie. Średnia wysokość tych szczytów oscyluje między 1000 a 1100m, a najwyższy szczyt to Rudawiec.

Opuszczamy Czernicę i schodzimy ku niebieskiemu szlakowi, który prowadzi nas wąską asfaltową drogą w kierunku przełęczy Suchej. Droga ta jest o tej porze roku bardzo  malownicza i idealnie nadaje się na rower – ja chętnie bym ją przebył jednakże na motorze niestety obowiązuje tu zakaz wjazdu i ruchu wszelkich pojazdów za wyjątkiem wspomnianych wcześniej rowerów. Może to i lepiej, dzięki temu panuje tu cisza i nie ma typowego dla znanych szlaków górskiego zgiełku. Na Suchej robimy sobie koleją przerwę i jak tradycja nakazuje otwieramy pierwszą partię Wiśnióweczki. Dla mnie to najlepszy trunek na górskie wyprawy. Opuszczamy przełęcz i udajemy się w kierunku najwyższego szczytu masywu – Rudawca. Idziemy nadal droga ale tym razem już poza szlakiem. Widoki robią się jeszcze piękniejsze i dziksze, nasze humory również dopisują a i żarty trzymają się nas a i energii na nie póki co nie brakuje. W pobliżu granicy na łuku naszej dotychczasowej drogi opuszczamy malowniczą drogę i wzdłuż górskiego strumienia udajmy się w kierunku zielonego szlaku. Zdobywamy na dziko przełęcz i po początkowych małych problemach odnajdujemy wąska leśną ścieżkę ukrytą pomiędzy krzakami kosodrzewiny, którymi wiedzie zielony szlak. Zdobycie szczytu Rudawca przychodzi dość gładko i bez wysiłku, różnica wysokości okazuje się być niezbyt duża za to kolejne widoki z szczytu zdają się być równie malownicze jeśli nie piękniejsze od poprzednich. Rozsiadamy się wśród wysokich krzaków jagód na powalonych srebrzystych drzewach i pochłaniamy wszystkimi zmysłami to miejsce, przy okazji pochłaniamy również wiśnióweczkę. Na szczycie spotykamy rowerzystę z którym ucinamy sobie pogawędkę i wymieniamy się wrażeniami z przebytej drogi. Nasz turysta przyjechał tu z Warszawy, a góry Kotliny Kłodzkiej bardzo przypadły mu do gustu. Czas biegnie nie ubłaganie czas poszukać miejsca na nocleg. Schodzimy skrajem Puszczy Białej, do leśnej drogi przy której stoi górski schron turystyczny. Wiata ze stołem przykryta dachem z drabiną na malutkie  poddasze będzie dzisiejszej nocy służyła nam za noclegownię. Na skraju puszczy jesteśmy zupełnie sami, rozpalamy więc ognisko a Kasia organizuje wodę z pobliskiego źródła. Gromadzimy spory zapas drzewa na wypadek chłodnej nocy. Na kolacje mamy pieczoną na ognisku kiełbaskę z zakupionym o poranku świeżym chlebkiem. Selvin rozkoszuje się przyniesionymi tu na własnych plecach flaczkami. Ognisko w takim miejscu musi mieć swój niepowtarzalny klimat, dreszczyk emocji przy okazji noclegu w tak dzikim zakątku gór sprawia i resztki naszych zapasów wiśnióweczki topnieją w mgnieniu oka. Zasypiam nie bardzo wiedząc  kiedy jak i o której godzinie, tutaj w górach czas biegnie jakoś inaczej a człowiek nabiera dystansu do tego co wokół niego i przednim.

O poranku budzę się wciśnięty w poddasze z jednej strony a z drugiej  zalega na mnie Atomówka. No tak pewnie poszukiwała ciepełka, chwile trwa nim wydostanę się  stąd nie rozbijając przy tym głowy. Jest chłodno ale nie zimno. Zwlekam się jakoś na dół po drabinie i zabieram za śniadanko. Po chwili dociera Kasi a i Selvin dochodzi do tego samego wniosku ku mojemu zaskoczeniu gdyż nie zwykł ona raczej wstawać o brzasku. Śniadanko w stylu traperskim czytaj paprykarz lub pasztecik do wyboru z chlebkiem do tego gorąca woda źródlana bez kawy i herbatki gdyż Łukasz zapomniał zabrać ją z sobą – ale czy to problem? Nie w tym miejscu i nie dla takiej ekipy. Schodzimy w duł  zielonym szlakiem w kierunku Bielic. Drogę pokujemy leniwie jeszcze troszkę nie wyspani docieramy do Chaty Cyborga. Tutaj częstują nas ciepła mocna kawą,  która nas stawia na nogi  i pozwala snuć dalsze plany na dzisiejszy dzień. Ruszmy z powrotem przez Bielice w kierunku góry Kowadło, zdobywamy szczyt chodź musze powiedzieć iż podejścia daje nam troszkę w kość, a może dopiero teraz zaczynamy odczuwać trudy poprzedniego dnia. Widok na wieś z szczytu musi robić wrażenie, wioska jest tak malowniczo położona iż chciałby się tu zostać na stałe. Kontemplujemy ten widok przez dłuższą chwilę i ruszmy w dalszą drogę. Nasz droga powrotna wiedzie szczytami gór wzdłuż granicy nad wsiami Bielice i Nowy Gieratów. Podróż szlakiem dostarcza spor emocji co chwilę zdobywa się kolejne szczyty, z których podziwiamy kolejne spektakularne widoki. Spotykamy tu również znacznie więcej turystów, mimo to i tak wydaje mi się iż większość czasu podróżujemy po górach sami. Na podejściu na jeden z szczytów odzywa się stara kontuzja kolana, nie jest miło sprawę ratuje trochę Ketonal, muszę teraz mocniej uważać na co stąpam. Decydujemy się zejść z szlaku i dalej leśnymi drogami po bardziej równej drodze dotrzeć do Nowego Gierałtowa, gdzie zlegamy z Selvinem pod jabłonką. Gdy my leniuchujemy z bagażem dzielna Kasia podąż samotnie do leśniczówki po pozostawianego tam Żuka. W równie słoneczną co sobota niedzielę późnym popołudnie podróżujemy w kierunku Wrocławia oczarowani górami. Za kolejny wspaniały wrześniowo- październikowy weekend slicznie dziękuj Kasi i Selvinowi. 

 

 

Czernica G.Bialskie
Czernica G.Bialskie
Rudawiec G.Bialskie
Rudawiec G.Bialskie
Rudawiec G.Bialskie
Rudawiec G.Bialskie
Nad Bielcami
Nad Bielcami
Na szlaku
Na szlaku
Komentarze: 1

nie

25

wrz

2011

Na górskim szlaku cz. I

Wrzesień rozpieszcza nas w tym roku  pogodą i wysokimi temperaturami, żal było by nie wykorzystać taki pięknych weekendów i pozostać w domu. Kilka telefonów do znajomych i już wyklarował się plan by tym razem pieszo przemaszerować przez masy śnieżnika. W piątek wieczorem lądujemy u Maćka, przy tej okazji zaliczam pierwszy od dłuższego czasu przejazd tramwajem – oczywiście z kontrola biletów. Wieczorne Polaków rozmowy trwają do późnych godzin nocnych, wspólne układanie trasy kończy się opróżnieniem wszystkich zapasów złotego trunku.

Poranek dość leniwy lecz bez bólu głowy, szybkie pakowanie, małe śniadanko i w drogę. Tym razem pojedziemy samochodem, którego Maciek poprzedniego dnia zapomniał schować do garażu i pozostawił na całą noc na zjeździe do podziemnego parkingu – czemu zawdzięczać będziemy kolejne nasze przygody. Lanos Ewy chodź lata swojej świetności ma za sobą dzielenie wiezie nas w kierunku celu. Pomału bez zbędnego ryzyk trochę leniwie i ociężale docieramy do Kłodzka.  Po drodze auto  zaczyn zachowywać się dziwnie, przy jednym z postojów okazuje się, iż jeździmy na kapciu! Zmienimy koło na zapas i ruszamy w dalszą drogę. Nie docieramy jednak nazbyt daleko w Bystrzycy Kłodzkiej okazuje się, że mamy kolejny problem tym razem z tylnim kołem. Diagnoza kolejny kapeć. Fatum ? Nie, jak się okazuje przy dokładniejszych oględzinach koła zostały przebite najprawdopodobniej celowo z boku bieżnika po jednej stronie auta. Czyżby zemsta sąsiadów za złe parkowanie? Wizyta i zakup kompletu kuł uszczupla portfel kierowcy o całe 650pln za 4 opony. Hmm 2 opony do KLV kosztują ok. 900pln… może czas zmienić środek lokomocji. Nie ma tego złego co by nie wyszło na dobre zwiedzamy piękną Bystrzycę, robimy zakupy i w końcu ruszam ku podnóżom gór. Docieramy do Międzygórza, gdzie pozostawiamy autko na parkingu dokładnie sprawdzając czy nikomu nie będzie zawadzać i ruszmy żółtym szlakiem w góry. Pierwsze metry i od razu strome podejścia daje ostro popalić a to za sprawą ciężkich plecaków w których mamy zapas wiśniówki. Pot leje się z nas jakbyśmy dopiero co wyszli z sauny,  do tego szybko wychodzi na jaw kto najmniej się na co dzień porusza i spędza najwięcej czasu na kanapie z pilotem w dłoni. Wszyscy dzielnie znoszą pierwsze kilometry i przełamują kryzys nagrodę za to dostajemy dość szybko w postaci przepięknych widoków.

Po drodze na szlaku spotykamy endurzystę na którego spoglądam z nie ukrywaną zazdrością.

Podejście żółtym szlakiem w kierunku Małego  Śnieżnika jest dość łagodne chodź długie. Modyfikujemy je trochę posiłkując się niebieskim szlakiem, górskimi ścieżkami a następnie zdobywamy szczyt będąc już na zielonym. Po drodze nie spotykamy zbyt dużo turystów ten kierunek najwidoczniej  jest mało popularny, za to widoki z szczytu wynagradzają trudy wejścia. Zdobycie szczytu napawa nas dumą, to uczucie spełnienia z osiągniętego celu jest znane chyba każdemu  kto kiedykolwiek wdrapał się na szczyt jakiejkolwiek góry. Rozkoszujemy się tymi widokami  dłuższą chwilę po czym schodzimy ku Schronisku na Hali pod Śnieżnikiem. Tu szukamy noclegu, bez wcześniejszej rezerwacji okazuje się to nie możliwe – to nas akurat nie dziwi. Dziwi nas na tomista podejście do turystów – jak do intruzów, a w szczególności wkurza mnie wprowadzanie ich w błąd i oszukiwanie. Pan prowadzący schronisko należy do grupy gburów i pracuje lub prowadzi ten przybytek najprawdopodobniej za karę lub takową tam odbywa. Serdecznie tego miejsca nie polecamy! Schodzimy do Kletna chodź robi się dość późno. W Kletnie znajdujemy nocleg w pierwszej napotkanej na szlaku chacie chodź jakby wierzyć zapewnieniom Pana ze schroniska takowego nie ma prawa tu być! Udaje nam się pokonać dystans ok. 15km po górach, co dla człowieka oderwanego od fotela i komputera jest nie lada wyczynem. Szybki prysznic i w ruch idą zapasy Wiśniówki, które szybko ulegają wyczerpaniu. Nie wiedzieć kiedy urywa mi się film ze zmęczenia zapewne…

Ranek nie zupełnie jest rankiem, ale wstajemy. Przygotowujemy śniadanko, którego głównym składnikiem jest paprykarz i podajże pasztet nikt nie grymasi jemy co jest i ruszamy w drogę, po wcześniejszym uregulowaniu rachunku za nocleg (25pln/os). Plan na dzisiaj to zdobycie Czarnej Góry, Marii Śnieżnej i powrót do Międzygórza. Plan wcielamy do realizacji, dość szybko osiągamy przełęcz pomiędzy Kletnem a Sienną z pięknie położonymi pensjonatami  aby  po dłuższej  chwili klucząc drogą wzdłuż wyciągów osiągnąć przełęcz pod Czarną Górą.

Tu rozpalamy ognisko, które udaje się rozpalić od jednej zapałki i bez użycia papieru. To robi sporo wrażenie na kilku zgromadzonych na miejscu turystach. Na ognisku ląduje nasz obiad czyli  kiełbaski. Jest pięknie, ognisko w takich okolicznościach przyrody i z takimi widokami - warto po to było się tu wdrapywać. Po obiadku i krótkiej wspinacze docieramy na Czarną Górę, tutaj  z skałek strzelam naciskając raz po raz spust migawki aparatu piękną panoramę. Widok i efekt oceńcie sami. To miejsce również zasługuje na to by pozostać tu dłuższą chwile i rozkoszować go wszystkimi zmysłami – tak też czynimy.

Droga powrotna w kierunku Marii Śnieżnej gdzie znajduję się sanktuarium i schronisko dłuży się i zajmuje nam trochę więcej czasu. Szlak przez większą część prowadzi przez las wąską ścieżką, która z początku dość stromo opada, później jest znaczni łagodniej lecz robi się troszkę monotonie a może to my jesteśmy już zmęczeni. W końcu docieramy do celu, robi się dość tłoczno sanktuarium jest miejscem dość licznie odwiedzanym przez turystów i pielgrzymów. Ponoć przybywał tu trzykrotnie Karol Wojtyła. W schronisku raczymy się zimnymi trunkami, podziwiamy widoki i odpoczywamy przed dalszą drogą. Zejście do Międzygórza zajmuje nam nie całą godzinę po drodze mijamy Ogród Bajek, który czasy swojej świetności ma już za sobą. W Międzygórzu odpoczywamy przed droga powrotną rozkoszując się zimnym piwkiem oczywiści Ci co mogą a Ci, którzy nie mogą na pocieszenie delektują się goframi i deserem z świeżych jagód. Samochód zastajemy w nie naruszonym stanie tam gdzie go pozostawiliśmy dzień wcześniej na bezpłatnym parkingu.

Za wspólnie spędzony czas i miłe towarzystwo dziękuje tym razem Ewie, Maćkowi no i oczywiście moje drugiej połówce Kasi.

 

Mały Śnieżnik
Mały Śnieżnik
Czarna Góra
Czarna Góra
Maria Śnieżna
Maria Śnieżna
Komentarze: 0

nie

18

wrz

2011

Czeski Raj

Tym razem sprawcą całego zmieszania była Jolka. Pierw miał to być wypad w góry ze znajomymi i ambitny plan przejścia pieszo z Szrenicy do Karpacza ale, że prognoza pogody na weekend wskazywała na możliwe opady  padło na wyjazd motocyklowy. Propozycja alternatywnego wyjazdu do Czeskiego Raju została przyjęta entuzjastycznie przez wszystkich.

Wyjazd w sobotę rano, no może nie oświećcie ale już o 9.00 byliśmy gotowi do drogi. Szybki przejazd do Jeleniej Góry, ale troszkę zmodyfikowany tak aby w miarę możliwości nie podróżować głównymi drogami. Z Jeleniej udajemy się do Szklarskiej Poręby a następnie trąc podnóżkami  na górskich winklach zdobywamy Polanę Jakuszycką. Po przekroczeniu czeskiej granicy zatrzymujemy się w Harachowie gdzie podziwiamy mamucią skocznie.

Patrząc z dołu na zeskok włos na głowie się jeży a co dopiero muszą czuć skoczkowie będąc na samej górze? Przejazd Czeskimi serpentynami to czysta przyjemność, chodź każdy z nas jechał już nimi nie raz, to i tak przysłowiowy „banan” wędruje na twarz każdego z nas.

Droga do Czeskiego Raju robi się coraz bardziej malownicza, znikają wysokie góry ale za to w zamian otrzymujemy malownicze formacje skalane, pośród których w dolinie wije się rzeka a wzdłuż jej brzegów prowadzi nasza droga.  Kolorytu całości dodają liczne w tej okolicy zamki zachowane w świetnym stanie. Do jednego z takich zamków próbujemy dojechać, lecz gdzieś na górskim podjeździe mylnie wybieram drogę i błądzimy gdzieś na bocznych górskich szlakach. Nikt za bardzo nie narzeka gdyż widoki są prze piękne do tego pogodę do jazdy mamy wyśmienitą. 

Docieramy do Tumov, który otwiera  na naszym  szlaku  wrota do Czeskiego Raju. Zatrzymujemy się w mieście by opracować plan dalszej podróży, przy okazji pragniemy zwiedzić tutejszą synagogę lecz mimo oznakowania które  ma nas do niej doprowadzić nie odnajdujemy obiektu. Nie zrażeni niepowodzeniem ruszamy przed siebie. Już pierwsze kilometry zapowiadają dobrą zabawę. Podróżujemy bocznymi drogami szerokości ok. 2m, na początku przez urocze wsie by po chwil przez gęste zagajniki leśne wspiąć się ku górze.  Ze wzgórz rozpościerają się widoki na zielone wzgórze które przecinają gęste lasy. Droga, która nas wjedzie lawiruje pomiędzy tymi wzgórzami i lasami. Mijając kolejne urocze wioski docieramy do granicy lasu, po wjeździe do którego drogę poprowadzono to na skarpie to po zboczu wzgórza, trakt zaczynając się wić pomiędzy pionowymi formacjami skalnymi. Droga jak w bajce tylko rozbójników brakuje, na końcu szlaku docieramy do zamku w którym to akurat odbywa się zlot miłośników motocykli MZ. Zamek pięknie położony na skałach sprawia wrażenia fortecy nie do zdobycia, widoki rozpościerające się z murów rzucają na kolana. Kolorytu zamkowemu dziedzińcu w tym dniu dodają licznie zgromadzone tu motocykle. Pobyt w zamku wyostrzył nasza apetyt i dalsze oczekiwania co do tego regionu. Dalsza droga jest równie piękna, mijamy coraz więcej skał i trafiamy pomiędzy nimi na leśne jeziorka, przy których zatrzymujemy się w przydrożnej knajpce na obiad. Skoro Czechy to oczywiście musi być smażony ser z frytkami, pożywieni i napojeni ruszamy w dalszą drogę.

Mijamy kolejne urocze dolinki, wzniesienia i niezliczone ilości formacji skalanych. Naszym kolejny celem jest zamek który osadzono pomiędzy dwoma skałami, widok jak z bajki, spokojnie można by tu kręcić kolejną części sagi Tolkiena w może bliższemu nam Widzmina.

            Zmęczeni nieco tym zwiedzaniem, ruszamy ku naszemu docelowemu miejscu noclegowemu. Mamy do przejechania całkiem spory dystans którego większa część będzie wiodła przez góry. Kierujemy się więc na Kudowę Zdrój, zaliczając po drodze czeskie Safari tam jednak nie chcą nas wpuścić na motocyklach więc rezygnujemy ze zwiedzania. Dalej przez Zieleniec  „Autostradę Sudecką” mkniemy do Bystrzycy  Kłodzkiej by już po chwili przeprawiwszy się przez góry Krowiarki dotrzeć do schowanej w górskiej dolinie wsi Konradów. Tu w rodzinnych pieleszach znajdujemy dach nad głową i miejsc na nocleg. Nie mogło również zabraknąć wieczornego ogniska, które rozpaliliśmy na szczyci pobliskiej góry której rozpościerał się widok na Czarną Górę. Przy kiełbasce i wiśnióweczce nocne polaków rozmowy, trwały i trwały a ciepły ogień ogniska sprawiał iż czas spędzony przy nim uciekał niepostrzeżenie.

Nie tak całkiem rano, nazbyt leniwie opuszczaliśmy łoża, poranek został wydłużony do południa a to za sprawą Selvina, któremu miejscowe klimaty chyba przypadły do gustu a może  to raczej za sprawą aromatu wiejskiej trawy? Po śniadanku ruszyliśmy lokalnymi ścieżkami do Nowej Morawy gdzie przekroczyliśmy granicę i udaliśmy się okrężną drogą przez przełęcz w kierunku Stare Mesto gdzie odbiliśmy na kolejne górski ścieżki tym razem po stronie Czeskiej. Masyw Śnieżnika, Góry Bialskie działają na mnie jak magnes, to samo mogę powiedzieć o Czeskiej stronie. Mógłbym tu przyjeżdżać co tydzień jest tu po prostu pięknie. Znikomy ruch pozwalał rozkoszować się jazdą jak i widokami, klika z nich uwieczniliśmy na fotografii. Nie mogłem sobie również odmówić przejażdżki po hali, poczucie wiatru we włosach i przejazd bitą drogą z widokiem na górskie szczyty sprawił iż w głowie zaczął kiełkować kolejny pomysł na górską wycieczkę. Ostudzony nieco przez kompanów i sprowadzony na ziemi ruszyliśmy wspólnie w dalszą drogę przez słyną przełęcz drogą nr. 44 do Jesenik. Po drodze obiadek na przy słynnej patelni, na której amatorzy mocnych wrażeni i zejścia na kolano z polski dali pokaz swojego kunsztu zakończony spektakularną glebą. Oj przykro było patrzeć na ten spektakularny szlif szczęśliwie obyło się bez ofiar i skończył na przetartych ciuchach i połamanych plastikach co pewni ostudzi zapał młodych gniewnych na pewien czas. W drogę powrotną udaliśmy się w kierunku Paczkowa i Ziębic aby już po chwil dotrzeć do Wrocławia.

W piękny   słoneczny weekend udało się nawinąć szczęśliwie kolejne 660km i zobaczyć kilka naprawdę pięknych miejsc tuż za naszą granicą – Czeski Raj. Za wspólna podróż dziękuje Jolce, Selvinowi i oczywiści Atomówce. 

 

Komentarze: 0

wto

13

wrz

2011

Przyjemne z pożytecznym

Czasem udaje się połączyć przyjemne z pożytecznym mnie ta sztuka udała się dzisiaj. Przy okazji wyjazdu służbowego do Wałbrzych miałem możliwość wykorzystania do tego celu motocykla.  Pogoda idealna do jazdy motocyklem ok. 20 stopni i brak opadów. Po załatwieniu tego co było istotą dla sprawy przyszedł czas na przyjemności a, że było już dobrze po 16 moje sumienie pozostało czyste. Udałem się więc nie co okrężną drogą powrotną do domu. Droga wiodła przez bardzo malownicze góry i  pozytywnie zaskakiwała widokami a co najważniejsze nawierzchnią. Nie do końca zadawałem sobie sprawę, iż tak wiele dróg lokalnych wokół Wałbrzych zostało wyremontowanych. W drodze powrotnej odwiedziłem jedno z moich ulubionych miejsc Zagórze Śląskie zataczając łuk wokół zalewu by następnie wdrapać się na zielone przełęcze Gór Sowich. To co mnie zaskoczyło to ilość odremontowanych domostw i gospodarstw agroturystycznych a to co zrobiło jeszcze większe wrażeni do liczba mijanych ogłoszeni o sprzedaży nieruchomości. A jednak kryzys? Podążając po krętej górskiej drodze w kierunku przełęczy tak zasmakowałem w jeździe i widokach, że zapomniałem o sprawdzeniu stanu paliwa. Do Dzierżoniowa dotarłem na oparach ale na szczęście obyło się bez pchania maszyny. Droga z Dzierżoniowa do Wrocławia natomiast nie zamieniła się w ogóle i tak jak był  paskudnie dziurawa tak samo pozostała. Miłym zaskoczeniem był natomiast ostatni oddany fragment obwodnicy Wrocławia łączący się z krajowa ósemką – tu można poczuć Unie Europejską.  Gdyby takie służbowe wyjazdy zdarzały  się częściej to o ile piękniejsza był by ta moja praca.

 

Komentarze: 0

sob

10

wrz

2011

Rajd "Lech" Motopoprawiny

Pierwsze informacje o rajdzie Motopoprawiny pojawiły się na forum swbikers.pl  ok. dwóch tygodni temu i od razu wiedziałem, iż muszę się tam wybrać w końcu Wielkopolska słynie z rajdu „Pyry”, więc należało się spodziewać dobrej zabawy. Na forum od razu zebrała się dość liczna i znana z poprzednich wyjazdów ekipa „rajdowców”, która gwarantowała dobre towarzystwo i super zabawę no i walkę o główną nagrodę. Informację o rajdzie umieściłem również na   stronach vstromclub-u gdzie informacje trafiła na podatny grunt i cieszyła się sporym zainteresowaniem. Z Wrocławia wyjechaliśmy ok. 8.30 chodź mieliśmy o 8.00 ale o dziwo nikt się nie spóźnił natomiast zmkneli nam stację na której to właśnie mieliśmy się spotkać. Wybraliśmy najszybszy sposób na dostane się na miejsce zlotu i startu rajdu czyli krajową drogę nr.5. Na miejscu przywitała nas sympatyczna ekipa ludzi skupiona wokół klubu Lech Opalenica, oraz oczekujący na nas już ludzie z Vstomclub-u czyli Cynek i Andrzej.

Po pobraniu dość nietypowo sporządzonych mapek i na kreśleniu krótkich zasad rajdu przez organizatorów wyruszyliśmy dobrze po jedenastej na trasę rajdu. Tworząc dość sporą grupę ok. 8 maszyn przemierzaliśmy drogę do pierwszego punktu kontrolnego z ukrytym zadaniem na terenie posesji pałacowej. Odpowiedz na pierwsze pytani nie nastręczyłam nam żadnej trudności. Pannę z dzbanem rozpoznaliśmy w mig by już po kilku minutach udać się ku kolejnej próbie. Po kilku kilometrach przemierzonych przez lasy i pola zawitaliśmy do bram klasztoru. Tu na schodach przywitał nas sympatyczny brat zakonny i poprosił o tajny kod… .Tajny kod tworzyły  cyfry na mijanych drzewach podczas przejazdu pomiędzy punktami kontrolnymi. Dzięki pomocy Boskiej kod udało się złamać. W nagrodę czekała na nas wycieczka do Krypty gdzie odnaleźć mieliśmy mnicha bez głowy a z wieka jego trumny odczytać datę zgonu. Przy okazji przemiły brat zakony pokazał nam zmumifikowane ciało z pod wieka znajdujących się w krypcie sarkofagów. Na koniec zostaliśmy oprowadzeni po klasztorze i pokazano nam również podwójny ołtarz, którego druga część mieściła się za ołtarzem głównym. Po tym zadaniu muszę stwierdzić iż byłem pod sporym wrażeniem organizacji Rajdu i z niecierpliwością wyczekiwałem kolejnych prób. Niestety okazał się iż kolejne próby ograniczały się do wizyt w kolejnych dworach i pałacach a także zamku. Nie chodzi mi tu, iż to źle raczej o to, iż po mocnym wstępie mocno rozbudzono moje oczekiwania. Ale po kolei, zadanie 3 poległo na policzeniu drewnianych rzeźb w przy Pałacowym parku, tu na pomoc przyszli nam poznani lokalni mieszkańcy i wspólnie doliczyliśmy się 5 figur i wcale nie musieliśmy im postawić taniego wina. W kolejnym punkcie odwiedziliśmy zamek, którego prywatny gospodarz nie poinformowany  o fakcie iż bierze udział w rajdzie dostawał białej gorączki na widok kolejnych motorzystów, tak więc kolegom przyjeżdżającym po nas nie zazdroszczę. Chłopką jednak udało się zlokalizować na zamku 3 pawie głowy w herbie i tym sposobem zdobyć odpowiedź.  Przejazdy między punktami kontrolnymi miejscami były dość krótkie, a trasa rajdu miejscami biegła głównymi drogami co troszkę mnie osobiście nie bardzo przypadło do gustu. Miejscami trasa wiodła również dość malowniczymi drogami lokalnymi i przy jednej z takich dróg odnaleźliśmy odpowiedz na bramie kolejnego pałacu , chodziło tym razem o funkcję obiektu  -Bibliotekę.

Następnie kontynuując naszą podróż dotarliśmy do Pałacu przy którym znajdowały się maszyny parowe z początku wieku. Odnalezienie tej właściwej nie nastręczało problemu gdyż ona jako jedyna miała opony na kołach a jej rok produkcji to 1940. Tu niestety również okazało się iż jesteśmy nie do końca proszonymi gośćmi chodź reagowano dość życzliwie. O kolejnych zadaniach rozpisywać się nie będę gdyż był dość podobne do siebie a znalezieni odpowiedzi nie nastręczało żadnych problemów i ograniczało się do wizyt w kolejnych dworkach. Godne odnotowania jest natomiast wizyta przy pierwszy produkowanym w Polsce motocyklu Lech gdzie należało policzyć wszystkie szprych w jego kołach a jest ich 70szt to było ostatni zadani na trasie rajdu.

Po przybyciu na teren zlotu i zadaniu kart rajdowych, czekała na nas liczne zadani zlotowe. Mimo pierwszych oporów, które szybko przełamał Haya startując do pierwszego konkursu udało się kilka konkursów wygrać. Ale po kolei. Pierw Haya tak naprężył gumowe dętki że zgarnął dwa browary. Następnie Teq zgłosił nas do kolejnego konkursu na przeciąganie liny gdzie dzięki tajnej technice zapodanej przez Cynka grupa SWB nie miał sobie równych i wygrywał w cuglach ze wszystkimi zgłoszonymi grupami przeciągając szalę zwycięstwa na swoją stronę. Na koniec zmagań trzy osobowy zespół w składzie Teq, Zając i Haya wygrał zmagania na czas w konkurencji biegu narciarskiego. Tak  więc bogatsi  o  dwie butelki wody ognistej i dwa browary  czekaliśmy na ogłoszenie wyników rajdu. Okazało się iż pierwsze miejsce egzekwio zajęło 5 uczestników w tym nasz kolega Duellis . W dogrywce polegającej na prowadzeniu taczko-motocykla w okularach spawalniczych po slalomie niestety nasz duet  –Duellis, Teq uległ konkurencji i ostatecznie musiał zadowolić się 4 miejscem.

Podsumowując rajd musze powiedzieć iż był to bardzo  mile spędzony czas a realizacja rajdu była naprawdę bardzo dobra. Szkoda tylko iż trasa rajdu była tak krótka jak dla mnie to 80km to stanowczo za mało mam nadzie, iż za rok bedzie więcej.

 

Komentarze: 5

nie

04

wrz

2011

Na szlaku Dolnośląskich Zamków

Za okna słońce przebija przez roletę. W szklanym ekranie Pani twierdzi, iż to ma być  ostatni taki ciepły weekend w tym roku. Trochę leniwie i ciężko a to za sprawą wczorajszego grilla pakuje się  na niedzielną przejażdżkę. Trasę nakreślam szybko, planuje obejrzeć trochę zamków i pałaców w najbliższej okolicy. Szybki rzut okna na google maps wydruk mapki z nazwami miejscowości w których maja znajdować się zabytki i w drogę.

Po wyjściu z bramy od razu czuje żar słoneczka na sobie, oj będzie gorąco. Tankuje maszynę do pełna i tu miłe zaskoczenie benzyna potaniała, nieznacznie ale zawsze to coś. Na pierwszy strzał idzie zamek w Smolcu, zamek to morze za dużo powiedziane raczej ruina zameczku. Bocznymi drogami przez Kąty Wrocławskie udaje się do Mietkowa by już po chwili znaleźć się pod ruinami Pałacu w Borzygniewie.  Kolejne tym razem nieco większe ruiny z dobrze zachowanymi ścianami i widokiem nad Zalew Mietkowski. Słonko zaczyna mocno dokuczać a czarne ciuchy motocyklowe skutecznie mu w tym pomagają. Dalej udaje się wzdłuż zalewu betonową droga i łapie w „żagle” troszkę wiatru dla ochłody. Postanawiam tym razem nieco urozmaicić sobie drogę i wybieram szutrowy skrót przez pola. Polna droga doprowadza mnie do zalewu, który w tym miejscu ma księżycowy charakter. Woda mocno opadła a letnie upały wysuszyły ziemię, powstało w ten sposób mnóstwo kraterów i lejów na dnie których znajduje się woda. Widoki niczym z dalekowschodnich wypraw a ja jestem zaledwie 50km od Wrocławia. Pstrykam troszkę zdjęć, daj upustu moim zapędą ku błotu i bezdrożom i troszkę sobie z KLV-em używamy. Omijając szlaban po kamienistym szutrze docieramy do szosy.

W Domanicach za płotu podziwiam piękny pałac, jest naprawdę duży i towarzyszy mu naprawdę sporych rozmiarów założenie parkowe, niestety wszystko wymaga sporo pracy. Do środka nie udaje się zajrzeć gdyż bramy pilnuje para psów. Tuż za Domanicami – Krasków, tu odremontowany i przekształcony w hotel pałac lśni w promieniach odbijającego się od jego murów słońca aż miło popatrzeć. Dalszą podróż odbywa również bocznymi drogami przez Żarów docieram do Piotrowic Świdnickich. Tutaj niespodzianka – w końcu prawdziwy zamek, tai wiecie jak z bajki - to znaczy z fosą basztami i całkiem spory. Zamek zachował się w całości wymaga remontu ale ma dach zarówna w części murowanej jaki na basztach a i widać iż zamek ma właściciela gdyż wszystko zadbane i zabezpieczone czeka na lepsze czasy. Próba dostani się bliżej kończy się nie koniecznie miła pogawędką z okolicznymi mieszkańcami. W kolejnei miejscowości trafiam na kolejny zamek – tym razem jest to wieża zamkowa dość specyficzna i ciekawa forma zamku tu w Pastuchowie bardzo dobrze zachowana ukryta w byłym gospodarstwie PGR.

Z dala od głównych szos prze pola i miedze docieram do Jaworzyny Śląskiej tu napotykam na kończący się już festiwal parowozów i odwiedzam tutejsze muzeum lokomotyw i motocykli. Zobaczyć na żywo „buchający” parą parowóz to nielada gratka i naprawdę piękny widok.  Zgromadzono tu naprawdę sporo parowozów i kilkanaście motocykli w tym polskiego Sokoła 1000 i kilkanaście egzemplarzy Harley-Davidsonów w tym ponoć jeden z najstarszych modeli znanej na całym świecie marki. Z Jaworzyny Śląskiej przez Świebodzice docieram do Cieszowa gdzie mają znajdować się ruiny kolejnego zamku. Niestety nie odnajduje ich, gdyż ruiny znajdują się na okolicznym wzgórzu i zasłaniają je drzewa oczym dowiaduję się niestety w domu analizując przyczynę swojej porażki w poszukiwaniach. Nie dosyt rekompensują mi za to przepiękne widoki, w tym przepiękna panoram  na zamek Książ.  

Zmęczony nieco tym upalnym dniem postanawiam sobie skrócić wycieczkę i uciekając tym razem na główną szosę mknę do domu. Jak na jeden dzień to dość sporo tych zamów już obejrzałem. Po wcześniejszych wojażach zebrało się już trochę materiału  i zapewne niedługo opracuję mój motocyklowy szlak po najciekawszych zamkach Dolnego Śląska, szukajcie go w trasach na weekend. 

 

Komentarze: 0

nie

28

sie

2011

Spotkanie z pasterzem

Po pracowitej sobocie spędzonej w biurze przyszedł upragniony dzień wolnego. Trochę leniwie i niechętnie podniosłem się rano z łóżka. Na tyle jednak skutecznie by koło dziesiątej ruszyć przed siebie. Cel na dzisiaj to okolice Jaworu, Złotoryi i Zielonej Góry. Poprzednia wizyta w tych rejonach mocno mnie zaintrygował i zaciekawiła. Do Jaworu udaje się bocznymi drogami wzdłuż autostrady całkiem przyjemne ścieżki mile zaskakują. Na miejscu uzupełniam paliwo następnie  przejazd przez stare miasto i w górki. Na początek wąwóz Myśliborski tu troszkę inaczej niż wszyscy zajeżdżam od strony wsi Jakuszowa. Dzięki temu od razu można zejść do najciekawszej części wąwozu . Wąwóz może nazbyt spektakularny nie jest ale miejscami zaskakuje bardzo przyjemnie na pewno wart zobaczenia jest. Dalej motocyklem kręcę ósemkę przez Nową Wiesi Wielką, Bogaczów, Leszczynę aż po Świerzawę. Drogi mają  już za sobą swój okres świetności za to widoki, góry i lasy prze które wije się szlak takie jakich dawno nie widziałem do tego całkiem spore wzniesienia i podjazdy. Kurcze jak tu jest pięknie a to tak niedaleko od Wrocławia. Jadę tak i rozkoszuje się samotną jazdą co jakiś czas przystaje i pstrykam zdjęcia pogoda dopisuje jest nie za gorąco - idealnie. W Świerzawie zatrzymuje się by rozeznać się trochę na mapie i kombinuje jakby tu ominąć zdanek główne drogi. Pomaga mi w tym przydatkiem znak kierujący na punkt widokowy, zapuszczam się w jego kierunku ale chyba skręcam gdzieś źle i lecę szosą szeroką w porywach do 2m gdzieś po górach Lubichowa. Trasa mi pasuje widoki bajka do tego spotykam na „hali” pasterza wypasającego owce. Takiej okazji nie przegapię i ucinam sobie krótką pogawędkę z „bacą”. Chyba w głębi duszy zazdroszczę gościowi tej jego roboty. Gość pomaga mi się odnaleźć na mapie i sprzedaje ciekawą drogę nad Jezioro Plichowickie. Jadę sobie uroczą drogą przez Chrośnice, Czernice i nie mogę się nasycić tym co widzę. Do tej pory myślałem że jak w góry to przede wszystkim w Sudety a tu tak niespodzianka. Nad Jeziorem podziwiam tamę ale jakoś mnie nie porywa za to bardzo przyjemna jest droga wzdłuż jeziora ale strasznie wąska a przy okazji niedzieli wyskakuje na mnie kilka puszek  znienacka. Większo od zapory wrażeni robi most kolejowy – piękna konstrukcja. Po obejrzeniu jeziora które znalazło się w połowie trasy kieruje się w drogę powrotną. Przez Płoszczyne i Dziwiszów dostaje się do Podgórki w której znajduje się zabytkowa wieża widokowa – niestety zamknięta ale zewnątrz wygląda bardzo przyjemnie. No to może jeszcze na koniec jakiś Zamek zobaczę, Bolków już mi się przejadł za to zawsze chciałem zobaczyć zamek który widać z Bolkowski wieży mianowicie Zamek Świny. Jak pomyślałem tak poczyniłem a że trasa prze Muchów mi się bardzo spodobała postanowiłem odcinek leśny przejechać raz jeszcze. Zamek to dobrze zachowana ruina, można zwiedzać piwnice, wnętrza zamku oraz podziwiać widoki z wzgórza zamkowego wszystko za jedyne 5zł. Pieniądze nie są wydawane na darmo bo i trawkę przynajmniej okosili o dach zadbali a i prę innych rzeczy uprzątnięto. Zamek to ostatni punkt wycieczki a że trochę już późno się zrobiło powrót do domu skracam do minimum więc dalej już tylko nuda przez  Strzegom do A4 i do  domu.

Tak mnie dziś naszła refleksja po tych moich dzisiejszych przejażdżkach iż warto by pomyśleć na jakimś lżejszym motorkiem co by dawał radę w terenie a i mój temperament poskromił brakiem mocy… ale żeby jeszcze można było tym gdzieś dalej móc pojechać? Nie to żebym narzekał na KLV bo dzielny nie licho to rumak ale ciągnie wilka do lasu.

 

Komentarze: 0

sob

20

sie

2011

Samotny bieg

Przełęcz Puchaczówka
Przełęcz Puchaczówka

Strasznie dawno już gdzieś dalej nie podróżowałem sam tylko ja i maszyna. Zawsze ktoś zadzwoni, ktoś się podczepił i jakoś tak od ucha do ucha wieść gmina się roznosiła o planowanej przejażdżce i na miejscu startu zawsze czekało kilka maszyn. Ty razem udało mi się wybrać troszkę nie spodziewanie samemu.

Pogoda jak się marzy, nie za gorąco nie za zimno ot tak w sam raz. Jedyna rzecz jak pozostaje do zrobienia przy okazji wycieczki to odwieść siostrę w góry – właściwie to było główny powód tegoż wyjazdu. Skoro jest szansa połączyć przyjemne z pożytecznym to tym bardziej warto ruszać . I tak wylądowawszy  koło Lądka Zdroju postanawiam przejechać się jedną z moich ulubionych tras po Hrabstwie Kłodzkim. Niczym nie skrępowany bez pośpiechu, własnym tempem przemierzałem sobie dobrze ponad 300km trzy cyfrowych dróg lokalnych. Podróżowanie samemu ma dużo plusów a największy z nich to możliwości stawanie na dowolną ilości fotek kiedy tylko dusza tego zapragnie. Mimo ze trasę pokonaną dzisiaj jechałem już nie raz to dziś udało mi się odnaleźć w niej coś nowego. Chyba potrzeba mi trochę tej samotności od czasu do czasu. Ta dzisiejsza przejażdżka mocno podładowała moje baterie na kolejny tydzień a przede wszystkim pozwoliła mi się wyciszyć i nacieszyć samą jazdą. A mój przyjaciel KLV jak zwykle nie zawiódł.

 

Komentarze: 1

sob

13

sie

2011

Sobota w warsztacie

Kolejny weekend z prognozą nie zachęcającą do podróży motocyklem. Miałem dziś straszną ochotę wybrać się na małą wycieczkę motocyklem lecz nic z tego nie wyszło. Specjalnie nie ma co żałować gdyż tym razem  prognoza pogody się sprawdziła i faktycznie kilkukrotni w czasie dnia mocno padało.  Postanowiłem iż wykorzystam ten dzień na prace przy motocyklu. W zaprzyjaźnionym warsztacie Moto-Majs gdzie Jacek zawsze z uśmiechem na twarzy wita nas przeprowadziłem pod czujny okiem szefa warsztatu wyminę pompy hamulca. Wymiana pompy okazała się rzeczą bardzo banalną i stosunkowo prostą oczywiście gdy Jacek jest w pobliżu. Cieszę się niezmiernie, iż posiadłem nową umiejętności zakresu obsługi mojego motocykla i nauczyłem się obsługi nowego narzędzie – szczypiec do zdejmowania zawleczek  he he he. Niby banał ale mnie cieszy niezmiernie, każda ze zdobytych w warsztacie umiejętności pozwala mi  spokojnie patrzeć w przyszłość przed kolejną podróżą w nieznane gdyż mam może naiwną ale mam nadzieję iż poradzę sobie z każdą przeciwnością.

 

Komentarze: 0

pią

12

sie

2011

II Rajd GWT

Prognoza pogody na dziś (06-08-2011) zapowiadała deszcze, właściwie padać miało przez cały dzień. Wyglądam za okno i jakoś nie chce mi się wierzyć by z tych białych obłoczków miało coś spaść. Szybki rzut oka na zegarek, o kurcze już jestem spóźniony. Kurczowo łapie za telefon, wybieram numer do przyjaciela i melduje dwudziesto minutowe spóźnienie. Spóźnienie to efekt intensywnego piątkowego  wieczoru spędzonego u Maćka. Na umówionej stacji są już wszyscy prócz inicjatora wyjazdu Sala.  Przebijam grabę ze wszystkimi tankuje pod korek i gdy kończę pojawia się Sal. Tuż po dziewiątej ruszmy z Wrocławia w  kierunku  Kalisza na II edycje Rajdu GWT.

Trasę  dojazdu na miejsce większość  z nas zna bardzo dobrze a to za sprawą częstych wyjazdów na rybkę do Antonina. Szosa po zjeździe za Oleśnicą jest dość malownicza urozmaicona przejazdami przez lasy i wzgórza, nie obfituje w zbyt dużą ilość zakrętów więc dość szybko docieramy do Antonina gdzie bocznymi, mocno lokalnymi i bardziej krętymi drogami kierujemy się na miejsce tegorocznego startu rajdu. W bazie rajdu czeka na nas organizator i kilkunastu uczestników, czyżby reszta wystraszyła się prognoz pogody? Na to wygląda. Pobieramy numery startowe, mapkę trasy, poznajemy kliku uczestników i już po chwili ruszamy całą watahą na trasę. Start  iście imponujący po szutrowej ścieżce napawa mnie wielkim optymizmem i pachnie przygodą. Niestety  kilkaset metrów dalej z powrotem lądujemy na asfalcie i bocznymi drogami zmierzamy ku pierwszemu zadaniu.  W miedzy czasie drogowcy zaskakują organizatorów remontem lokalnej drogi w wyniku czego trasa ulega lekkie modyfikacji i zaliczamy przejazd przez centrum Kalisza. Dzięki pomocy organizatorów udaje się nam nie pogubić kierunku i ponownie wrócić na trasę. Pierwsze zadnie ukryto na teranie parfi i polegało on na odnalezieniu wskazówek ukrytych na murze kościelnym. Podczas podróży na kolejny punkt kontrolny zaliczamy kilka ciekawych odcinków drogami gruntowymi ku mojej wielkiej uciesz, a nie koniecznie takiej samej kolegów podążających na maszynach sportowych. Wszystko mieści się jednak w granicach rozsądku  i ostatecznie wszystkie maszyny dają radę. Ponoć podniosłem tyle kurzu co Czachor na Dakarze. Kolejna próba odbywa się na strzelnicy gdzie celne oko Ślimaka pudłuje 4 razy ale za piątym jednym strzałem strąca dwie tarcze! Nie ma siły na gościa. Sal broni honoru pacyfisty i oczywiście nie trafia ani razu reszta kompani wypełnia średnią statystyczną. Oprócz strzelania mamy jeszcze zadanie do wykonania przy wozie opancerzonym, dostajemy do rąk własnych  pętle i mamy zgadnąć do czego służą. Po kwadransie dochodzimy do rozwiązani łamigłówki i wiemy już, iż liny służ do podczepiania belki pomagającej wykaraskać się pojazdowi z błotnych opresji. Tu mała dygresja gdyż  jestem pod spory wrażeniem poziomu zorganizowanych zadani na punktach kontrolnych a to jeszcze nie koniec!

Powrót piaszczystą drogą na lokalny asfalt był wyzwaniem,  tylnie koło rozbiegane latało od lewej do prawej w niejednej maszynie. W poszukiwania kolejnego zadania przemierzaliśmy kolejne mniej lub bardziej lokalne drogi, które w moim odczuciu do najpiękniejszych nie należały. Za to kolejne zadanie mile mnie zaskoczyło. Zlokalizowano je w zrekonstruowanej wiosce indiańskiej do której dostępu pilnował nadobna Sqo. Nie jeden z nas chętnie porwałby niewiastę i pogonił w kierunku słońca gdyby nie groźny szeryf i jego pomocnicy. Na miejscu czekały na nas takie zadania jak rzut kapeluszem na bawole rogi czy rzut toporkiem do tarczy. Samo miejsce przykuwa uwagę i na pewno jest warte ponownego odwiedzenia. Z dużą niechęcią opuszczamy to miejsce i podążamy wąską drogą ku następnemu punktowi kontrolnemu. Kolejna zagadka ukryta został na terenie kościoła parafialnego a właściwie to na jego wieży. Kto dokładnie przyjrzał się wskazówką  zegara wnet poznał rozwiązanie zagadki. Tutaj bez konkurencyjny okazał się duet Ślimak i Żaba. Łapiąc trochę cienia i chłodu kościelnych murów odpoczywamy przed kolejną próbą na jaką wyswatają nas organizatorzy. Jechać długo nie trzeba było parę łuków, kilka bocznych  skrzyżowani i wnet gdzieś w małej wiosce na boisku sportowym przychodzi podać się próbie  medycznej. Jest troche pytani z teorii u mnie chodziło o pozycję boczna ustalona jest i próba na fantomie polegająca na masażu serca. Tu mam trochę różne zadania w naszej opinii siła z którą należało uciskać fantom powodowałby połamanie mostka ale nie my tu w roli ekspertów jesteśmy, lekcja dydaktyczna jak najbardziej wskazana i ćwiczeń nigdy dość. Jako, że to już ostatnia próba pozostaje nam więc  jeszcze kilka manewrów z odręcznie przygotowana mapką i celująco trafiamy na metę. Zdajemy karty, mapki niestety też, więc pomysł powrotu na trasę celem porwania Sqo legł w gruzach, nie pozostaje nic innego jak w rzucić coś na ząb. O jedzeniu rozpisywać się nie będę bo nie po to tu przyjechaliśmy. Na miejscu bazy rajdu przygrywa muzyka a i organizator zadbał by oczekujący na ogłoszenie wyników się nie nudzili i przygotował konkursy. Rzut odważnikiem na odległość okazał się dla niektórym lotem za odważnikiem, tak czy siak ubaw i zabawa po pachy. Na koniec musze się pochwalić iż nasz kolega Tequ dosiadający Suzuki DL 650 wygrywa rajd i zdobył pierwszą nagrodę. Jak on to zrobił nie mam pojęcia - pewnie porostu był najlepszy. A tak liczyłem na wygraną, może uda mi się na przyszłorocznej edycji – przyjadę za rok na pewno. 

 

Autor fotek: Sal. Dzięki przyjacielu :)

Komentarze: 0

nie

07

sie

2011

Startujemy

Po roku czasu przyszedł czas na zmiany, poprzednia strona po dłuższym użytkowaniu okazała się mało funkcjonalna i ze zbyt dużą ilością ograniczeni. Postanowiłem więc przenieść wszystkie dotychczasowe materiały na nowy serwer, który daje większe możliwości. Mam nadzieje iż spodoba  się wam nowa szata graficzna oraz nowa pozycja -  Blog. Blog zastąpi newsy i man nadzeje iż część z was zawita tu teraz częściej.


Komentarze: 0